Hilde tonie na Tauronie. Ktoś może przypuszcza, że utonęłam w muzyce, tak romantycznie. Tauron to przecież festiwal muzyczny. Nie, nie, nie. Nic bardziej mylnego. Hilde utonęła w morzu szampana i wódki. Podsumowując towarzystwo, z którym pojechałam: chyba można się było tego spodziewać. Wybraliśmy się. Ja, dwie Głośne, Anka i Piwko. No i powodzenia, krzyż na drogę. Sama jedna Głośna mi zwykle wystarczy do zaliczenia zgonu, a tu jeszcze Piwko na to wszystko. Tauron jest super i polecam wszystkim, bo dookoła mają fajne krzaczory.
Dzień pierwszy szampański:
- zaczęło się już w samochodzie, potem bąbelki wychodziły mi nosem i uszami, dlatego pewnie nie słyszałam muzyki za dobrze.
Dzień drugi spod znaku wódki z wodą:
Piłam wódkę z wodą, a potem wódkę z napojem izotonicznym. Polecam.
Tak serio i żeby nie było… to jednak trochę się pobawiliśmy, pokicaliśmy i muzycznie bardzo fajnie, ale ze wstydem przyznam i przykrością, że zachwiane zostały właściwe proporcje. Za dużo chlania, za mało kicania.
Tak czy owak było super. Bardziej owak niż tak. Hotel nasz pięciogwiazdkowy też był super. Czy ktoś kiedyś spał w hotelu pracowniczym? Jak coś to ja mówię NIE WARTO. Rumuny biegają po korytarzach i krzyczą i trochę śmierdzi i strach dotykać czegokolwiek.
Jeju…. Jeszcze ślub trzeba zarchiwizować. Ooooo dużo pisania. Chyba w następnym poście się ślub znajdzie.
tego bloga wyeksportowalem z gunther-und-hilde.blogspot.com i jest dość skrupulatnym opisem 4 dobrych lat mojego zycia, z reszta nie tylko mojego bo współbohaterem jest jeszcze jedna pani. to blog o dobrym związku, którego już nie ma, zajebistych znajomych, wrocławiu, podróżach, zajawach, muzyce i wielu pierdołach, które nawiedzały umysł dwójki młodych, zajebistych ludzi. miałem go już nie udostępniać ale kupe w nim dobrych wspomnień i dużego sentymentu. chyba nie warto się od tego odcinać.
czwartek, 23 września 2010
Rodzaj żeński - panieński
Gunther chce mnie usunąć z bloga jak i ja kiedyś jego chciałam usunąć za niepisanie więc muszę streścić to, co się działo przez ostatnich kilka chwil. No, a ponieważ długo nie pisałam, to trochę się zdążyło nadziać. Wydarzenia opiszę w porządku chronologicznym, bo porządek musi być, jak to mawia mój dziadek. Z krwi i kości Polak, ale umysł ma pruski. Pedancik.
Nasz blog był mniej więcej ogarnięty do połowy sierpnia przez Gunthera i może od tego momentu streszczę nasze wesołe przygody, bo wcześniej nie wiem co było. Zagubiłam się nieco. Albo mnie nie było.
Żeby nikt nie pomyślał, że przed ślubem Blondyny i Szefika bawili się tylko chłopcy …. Panieński też miał miejsce! Jezuuuuu ……. mój pierwszy babski wyjazd ever!!!!! Ha! Przeżyłam! I co najważniejsze było przeprzaśnie. Było wszystko, co zwykle przydaje się do szczęścia, czyli:
-pyszne jedzenie (poza ciastem, bo o ile dobrze pamiętam chyba mi nie wyszło, choć włożyłam w nie całe moje wielkie pancernicze serce)
-pyszny alkohol – pyszny jak zawsze, choć może nawet bardziej, bo bardziej niż zwykle finezyjnie podany. Na co dzień… albo lepiej napiszę: na tydzień, zwykliśmy pić trunki w postaci czystej. Na panieńskim piło się natomiast kulturalnie (przynajmniej na początku) poncz arbuzowy. Ohoho… Ale wypas… sama sobie zazdroszczę, że tam byłam.
-doborowe towarzystwo – dziewczynki śmiały się i dokazywały, wszystkie w szampańskich humorach (bo szampana też się piło). Żeby było fajnie wszystkie poprzebierałyśmy się za kury domowe: (fartuchy, ścierki, wałki kuchenne, tłuczki do mięsa i takie tam) po to, by Ola mogła wczuć się w klimat bycia żonką. Zrobiłyśmy jej nawet test na żonę i wyszło, że się prawie nadaje. Nie przeszła tylko zadania z otwieraniem puszki piwa okiem, ale to nic. Nauczy się jeszcze.
Klimat był cudny. Piękna pogoda, niebieskie niebo, ciepło, jezioro. Sielanka jak się patrzy. Znaleźli się nawet z czasem koledzy, co pomogli nam w momencie kryzysowym, gdy wódka się kończyła. Nie można było do tego dopuścić więc użyczyli nam swych trzeźwych rąk i nóg do kopsnięcia się na stację. Niech Bóg im to wynagrodzi.
W tej chwili spojrzałam redaktorskim okiem na kilka linijek wyżej i zmroziło mnie. Hilde wymienia co było fajnego na imprezie i na pierwszym miejscu umieszcza jedzenie, potem alkohol, a na końcu towarzystwo. Jak bym była towarzystwem to by mi się zrobiło przykro. Nie redaguję i zostawiam naturalny obraz tego, co się w mojej głowie znajduje. Szyszki i piach i jedzenie. Ku przestrodze tym, co za dużo jedzą. To zły nałóg.
Najważniejsze, że wszystkie laski świetnie się bawiły. Mam nadzieję, że Ola Makucz – Kornacka odgrywająca rolę główną w naszym przedstawieniu jest tym całym wyjazdem usatysfakcjonowana.
Było ekstra! bawiłyśmy się jak damy, ale petarda była! Z klasą, nie to co u chłopaków- obora jakaś jak zwykle ;) kulturalnie było.
Subskrybuj:
Posty (Atom)