czwartek, 26 sierpnia 2010

dziki szal porywa mnie

jest wieczor na januszu. po raz pierwszy chyba w historii tej chaty nie ma nikogo w domu i siedze sam jak ten robinson crusoe (wtedy jak nie poznal jeszcze pietaszka). dziwne to uczucie ale chyba mimo wszystko chwila spokoju jest wskazana. tu zawsze jest gwarno. to piwko wroci z pracy i marudzi ze korpo go miazdzy. kodziro - nasz domowy konserwator - jedyny co zainstaluje router lub naprawi drukarke - kiedy on przychodzi na chate to zawsze jest pare chwil mija na zyciowe rozkminy. rzadko kiedy sa jakkolwiek konstruktywne ale lubie te rozmowy o dupie marynie. pozniej jakies teledyski sentymentalnie sie wlacza i tak mijaja letnie dni. moja dziewczyna zas jest zapracowana i maly z nia kontakt wieczorem ostatnio, gdyz jest najlepszym koordynatorem projektow w tym regionie i juz dawno chyba nie byla taka zarobiona. nawet teraz jest gdzies w boleslawcu albo innym ciekawym miescie dolnego slaska.

ten post ma byc jednak o rzeczy najwazniejszej, jaka wydarzyla sie w ubieglym tygodniu - a mianowicie wieczor kawalerski mojego brata kamila.

organizatorem wieczoru bylem ja - gunther, gdyz jestem swiadkiem na jego weselu. a organizacja takiego przedsiewziecia to nie lada wyczyn, i tell you. zebralem wiec najpierw cala ekipe ziomkow i bliskich i wyruszylismy do olejnicy - wielkopolskiej wsi, gdzie znajduje sie osrodek awf, do ktorego kamil jezdzil na niezapomniane obozy za swoich studenckich lat. wynajelismy jeden wielki drewniany szalas, do ktorego udalo nam sie wszystkich zmiescic. szalas byl troche w stylu baraku z gross rosen, tylko lozka wygodniejsze i chyba w gross rosen nie mieli pradu. oprocz tego warunki zblizone. aaa zapomnialem wspomniec, ze przed wyjazdem udalem sie do makro i zrobilem zakupy gastronomiczno-alkoholowe aby przypadkiem czegos nie zabraklo.

jezeli chodzi o sam pobyt, to spedzilismy tam dobe i w ciagu tych 24h chyba udalo nam sie zrobic duzo rzeczy. po pierwsze wypilismy miliard wodki, po drugie zrobilismy duzego grilla nad woda, gdzie wspominalismy mlodziencze czasy, zas wspomnienia przeplatane byly kapaniem sie w jeziorze na waleta. kamil dostal od nas ladna obroze, z wygrawerowanym swoim imieniem i numerem telefonu do oli. pasowala mu. bedac nawaleni, udalo nam sie rowniez rozegrac najbardziej zenujacy mecz siatkowki jaki kiedykolwiek swiat widzial (choc wiekoszosc z ekipy to rasowi sportowcy i absolwenci awf) i zagrac pare partii w króla w kosza. w totalnej ciemnicy wygral faworyt - Michal "sokole oko" Piwko i sam chyba do tej pory nie moze w to uwierzyc. nastepnie, jak juz bylo mocno pozno poszlismy do "diany" (choc ta nazwa brzmi jak strip club w rzeczywistosci jest zwykla awf-owa dyskoteka) szukac wrazen. zawiedlismy sie gdy zastalismy pogaszone swiatla i pustke generalnie. ale wcale nas to nie zniechecilo. poszlismy wiec gdzies hen daleko w pole, az na szczyt wzgorza gdzie znajdowal sie wysoki nadajnik ery, ogrodzony plotem z drutem kolczastym. mimo usilnych staran drut kolczasty byl bariera dla nas nie do pokonania i niestety nie moge sie pochwalic wszystkim, ze majac pewnie ze 3 promile we krwi udalo nam wdrapac na 40 metrowy maszt...

zawiedzeni nieudana operacja powrocilismy do szalasu kontynuowac maraton i tak noc dobiegla konca. a przynajmniej ja tyle pamietam.

nastepnego dnia byla pobudka i piwo na sniadanie. pozniej jakies glupie mycie zebow i ciag dalszy gier i zabaw. znowu byla koszykowka. ale chyba najciekawsze byly kajaki, bo ze 2 godziny plywalismy wszyscy na kajakach po najbrudniejszym jeziorze swiata. piwko jak do niego wskoczyl, to mial pozniej na sobie jakas dodatkowa zielona warstwe ochronna. po kajakach grill i dokanczanie wodki z dnia poprzedniego. ja zrobilem eleganckie hamburgery dla wszystkich i bardzo z nich bylem dumny. piekace slonce, hamburgery i ciepla wodka z ciepla cola i sami mezczyzni dookola - czyz nie wszyscy pragniemy to przezyc!

jak juz sie najedlismy, to nadszedl juz czas wyjazdu. wrocilismy wiec brudni, spoceni i osmoleni grillem do baraku, spakowalismy sie. zas przed wyjazdem postanowilismy, ze to nie wypada tak na brudasa jechac do wroclawia, wiec wykapalismy sie w basenie. nie posiedzielismy tam jednak dlugo bo piwko-mongol zaczal wrzucac jakies 10 -letnie dzieci z kolonii do wody choc chyba wcale tego nie chcialy i zeby uniknac awantury zawinelismy sie z terenu akwenu i sprawnie zaladowalismy sie do fur.

powrot do wroclawia wygladal roznie, w zaleznosci od tego w jakiej furze sie kto znajdowal. ci co jechali z moim bratem nie mieli latwo bo tam alkohol lal sie az do granic wroclawia. efektem tego przejazdu byl ledwo stojacy dyduch i nie stojacy piwko, ktorego to niczym worek ziemniakow wnieslismy do domu na 3 pietro....

chyba bylo dobrze. sport i alkohol - krolewskie polaczenie.

moja dziewczyna tez byla na kawalerskim, tylko takim dla bab. ale ona sama napisze jak bylo. ja widzialem pare zdjec i chyba nie najgorzej. wszystkie dziewczyny wygladalo dziwnie czysto i w ogole jakis cywilizowany byl ten panienski...

ja za to wrzucam jedyne 2 zdjecia, jakie zostaly zrobione.


tu pawlak sika w barakowym pisuarze


a tu grupowe na chujowej jakosci na stacji benzynowej. kamil - kawaler na plastikowym zubrze siedzi


o! a tu zestaw kawalerski powiekszony

czwartek, 5 sierpnia 2010

kebab nation

zastanawialem sie nad nadaniem tytulu dla tego posta i wymyslilem piekna nazwe dla firmy/budy co robi kebaby. ktoz nie chcialby zjesc kebaba z kebab nation? ktoz nie chcialby dolaczyc do kebab nation? ja juz jestem w kebab nation od dawna. piastuje stanowisko w sejmiku dolnoslaskim. glowny kontroler jakosci...
no nic. tu nie ma pisania. wrzucam zdjecia, ktorych mam malo i sa chujowe ale trudno.

1. takie kebaby serwuje ziemia goteborska. bez kitu, zjesz to i nie ma mowy o kolejnym posilku przez najblizsze 8 godzin.



2. gunther w krainie slodyczy. smaki lukrecji czy tez rabarbaru to ich ulubione. wszystkie zelki smakuja jakby byly posypane maka. jestem zalamany i zmartwiony tym ze oni naprawde je lubia.



3. tak sie szwedy bawia w sobotnie popoludnia. wynajmuja se balony. widok z kuchni mieszkania filipa.



4. dzien na jednej z miliona wysepek, do ktorych mozna doplynac tramwajem wodnym z dzielnicy filipa i sobie posiedziec i zamulic, co tez uczynilismy. w kadrze 2 klasyczne czarne szwedy i dziewczyna filipa.





5. obiad po szwedzku na szybko. sledzie, salatka z krewetkami w majonezie z ziemniakami. ja troche ryby nie jadam ale sledzie byly cwane, a do tego oni sie jaraja sledziami, chyba nawet bardziej niz polacy



y!

wtorek, 3 sierpnia 2010

sweden! it's a country you tool.

na januszu mamy dwa telewizory. jeden jest na dole - zajebista plazma przytwierdzona do sciany. drugi jest u mnie w pokoju. taki maly. cos w stylu telewizora dla pani, co mieszka sama, ma 2 koty - jeden pusia, a drugi klaczek, z ktorymi oglada "na wspolnej".

pierwsza dygresja. kto sie kurwa utozsamia z na wspolnej? tak wyglada zycie polskich rodzin i ich codzienne problemy? calkiem cwane mieszkania maja te wszystki rodziny. meble takie nawet przyzwoite. nawet dziady tam maja takie meble, ze w sumie to moglbym sam takie miec. gdzie jest obciach - ten gen, ktory my polacy nosimy prawie wszyscy? W zadnym mieszkaniu nie zauwazylem pawlacza. w klapkach tez nie chodza. kurwa, o co chodzi? to jest dramat a nie serial. co innego plebania. tam wszystko jest poprawnie.

koniec dygresji

a wracajac do telewizorow, to na naszej chacie ten maly telewizor jeszcze czeka na swoja inicjacje (w sumie to nawet nie wiemy gdzie jest pilot), a plazma zostala uruchomiona na mistrzostwa swiata i raz jak sie troche napilismy z adamem w dzien obrony jego pracy i w srodku dnia ogladalismy na regionalnej znakomity program pod tytulem "zamiana zon". rewelacyjne widowisko. polecam goraco. bogata laska z wroclawia pojechala na kujawy na gospodarstwo jakiegos mysliwego, co jej kazal na polowania z nim chodzic w nocy i rozgladac sie za sarnami z wiezy strazniczej. biedna poszla w obcasach i przysypiala bo pozno bylo, a ten mysliwy ja wycienczona budzil, zeby byla na oriencie caly czas. za to ta druga to byla typowa wieslawa, co skarpetki prasuje i generalnie chodzi miedzy kuchnia, a duzym pokojem. bardziej babcia niz mama, co zasypia na fotelu i zyrandole wyciera raz w tygodniu. masywna, bo gdzie jakas chuda szczapa, co w swetrach chodzi brazowych, ale takich dziwnych brazowych...

w kazdym razie obiekt pod tytulem telewizor nie jest uruchamiany i wszyscy maja na niego wyjebane, co czyni nas lepszymi ludzmi. co innego w szwecji. tu doznalem telewizorowego szoku. telewizor leci non toper u filipa na chacie, jak rowniez u jego mamy i troche mi rozbija dzien, bo jak idiota sie w niego gapie. a szwedy w wakacje nie maja jakiejs porazajacej oferty. sa 2 typy programow. jedne to angielskie programy o bogatych brytolach, co szukaja domu w hiszpanii i cale ich rozterki. a drugi typ to programy kulinarne o kazdej porze dnia i nocy. aaa no i jeszcze sa amerykanskie programy o ludziach, co maja manie zbierania roznych rzeczy i maja cala chate zawalona roznymi sprzetami z przecen. wchodza do domu tylnymi drzwiami i nawet lozko maja tak przysypane scierwem, ze sie polozyc normalnie nie moga. te programy sa o terapii psychologow, ktorzy na wezwanie zaniepokojonych krewnych ucza tych ludzi oczyszczac dom z tego wszystkiego i zyc jak bialy czlowiek...

wiec nie ma reweli. ale za to lubie reklamy, bo sa spoko i jakos ten szwedzki w reklamach spoko brzmi choc nie rozumiem za duzo. wrzuce moja ulubiona. dziewczyny nie zrozumieja bo nie lubia pilki noznej. reklama promuje rozpoczecie sezonu ligi angielskiej. teraz bedzie tu osobny kanal na to, gdzie non top beda mecze, powtorki, wywiady itp. chcialbym, zeby mi w polsce taka reklame sklecili.



a. jeszcze druga. ta jest z dupy ale chyba zapowiada, ze dub step powoli wchodzi na grubo do masowej kultury.

cheeky vines and suga dimes

dalej tu siedze. zostalo mi pare dni ale jak boga kocham odliczam kazda minute do powrotu. nie ma filipa bo sie odpalil na wakacje i siedze sam jak palec u niego na chacie. pogoda jest slodka. eleganckie 20 stopni, ladne niebieskie niebo (co jest bardziej niebiestsze od polskiego - zgodnie ze staropolska, ogolnie wyznawana zasada, ze polska nawet niebo ma bardziej chujowe). do tego ta zajebista bryza z nad zatoki, co przyjemnie luska lico twe.

troche zostalem przybity sprawami przeprowadzkowymi. bo ten kto nie wie, to niech sie dowie, ze ja w swym krotkim, cwiercwiecznym zywocie przeprowadzalem sie juz jakies 9 razy, z tego 8 w ostatnich 15 latach. wlasciwie to chyba bede czul sie niekomfortowo, gdy jakims cudem za rok okaze sie, ze zostaje w tym samym mieszkaniu. Wiec teoretycznie do szwecji przyjechalem na malowanko. malowanko jest spoko, barki troche bola ale co to dla mnie. ale troche sie kurna przeliczylem.

mama mojego drogiego kolegi filipa zamiast farbowania mieszkania, zmalowala mi kolejna w tym roku wyprowadzke w najgorszym wydaniu (ten rok jest czarnym rokiem, bo to 3 z rzedu). do tego w chacie o najwiekszej ilosci scierwa i niepotrzebnych gadzetow w tej czesci europy. slyszal ktos kiedys o pakowaniu porcelany przez 6 pelnych dni roboczych? ale coz, mama filipa jest troche slaba i nie ma z nia dyskusji, bo wywodzi sie z armii, a ta rasa jest jakos bardziej zaborcza i chyba nie lubi sprzeciwow. ja za to nie lubie armii. wlasciwie to nienawidze i w sumie to z tego co pamietam, kazda osoba posiadajaca jakies wieksze przeboje z wojskiem, ktora mialem okazje spotkac w moim zyciu zawsze chcialem zapalic w cymbal. ale ta pani jest kobieta, a do tego to mama mojego super kolezki, wiec zagryzam zeby wraz z wargami i podbrodkiem (bardzo smiesznie to wyglada)i poslusznie pakuje kolejna setke ceramicznych figurek baletnic, rycerzy i sarenek. ja pierdole. dobra koniec o tym bo chyba jestem niemily, a w sumie dostaje za to siano wiec nigdy wiecej o tym.

no coz. w kazdym razie troche teraz rutynowo wyglada moj dzien, a po powrocie na chate, choc pogoda dokazuje, a o 22.30 jest dalej jasno i moge sie palnac do miasta to czesto konczy sie pelna zamula. a chata filipa jezeli chodzi o wyposazenie, do zamuly jest chyba stworzona. dysponuje plazma, laptopami, nintendo wii, x boxem nowym i starym. nawet umiem juz grac w jedna gre i jestem zajebisty. nazywa sie PURE. generalnie jezdzisz takim zajebistym quadem i scigasz sie po gorach w calym swiecie. zaczalem w nia grac, bo po pierwsze byla chyba jedyna gra, do ktorej obslugi potrzeba uzywac tylko 3 guzikow, a ja wychowany na gownianych konsolach nie jestem w stanie wiecej ogarnac. a po drugie, tam sie duzo skacze (ja lubie skakac), a jak sie skacze, mozna wtedy robic SALTO - a ja sie jaram wszystkim, gdzie robi sie salto.

zatem zagralem juz wszystkie zawody i w klasyfikacji generalnej jestem drugi, bo nie moge pokonac jednego penera co mnie zawsze gdzies pod koniec wyprzedza. mam slaba psychike, wiem o tym. dlatego nie jestem profesjonalnym sportowcem choc mam jakies tam predyspozycje. jak kiedys gralem na turniejach w tenisa, to zawsze w pierwszej rundzie odpadalem z najwiekszymi lapsami. wiecie jak mnie wykanczali? dawali mi takie wysokie pilki. a ja zamiast spokojnie skonczyc akcje zawsze ladowalem w siatke albo w ogrodzenie 5 metrow za boiskiem. taki bylem ananas. moj brat i inne ziomki patrzyli i niedowierzali. a nie powiedzialem jeszcze ze ZAWSZE w losowaniu dostawalem najwieksze cioty ( zgodnie z zasada ze glupi ma szczescie). no ale wracajac do tej gry komputerowej, to tam jest to samo. prowadze przez prawie caly wyscig. za moimi plecami jest ten pener, co o nim juz wspominalem. w grze nie mam lusterek, wiec w sumie go nie widze ale podswiadomie czuje jego obecnosc, cos jakby dziwny ucisk na lopatki. no wiec jade jade, pokonuje najgorzsze przeszkody, wchodze w ostre zakrety na pelnej pizdzie i przejezdzam je jak krol, pozniej mam mega hopke do przeskoczenia, na ktora najezdzam, wyskakuje, robie salto (bo zawsze robie salto choc dostaje sie za nie najmniej punktow (tego nie rozumiem, skad ten brak wrazliwosci dla salta u tworcow gry)) laduje poprawnie, zostaje mi ostatni lagodny zakret, a pozniej juz tylko dluga prosta i upragniona meta. wiecie co sie dzieje na ostatnim zakrecie (nota bene po szwedzku zakret wdziecznie zwany jest "kurva")? przerazony i zesterowany jak borsuk przed runieciem tamy (?!!?!?!?!??) trace zimna krew, zeslizguje spocone palce z kontrolera i z impetem antylopy wpierdalam sie w skaly. dojezdzam osmy i wierzcie mi nie jest fajnie. wtedy brakuje mi wlasnie tego czwartego guzika. funkcja placz albo podpal quada i idz na ryby. na rybach nie wazne kto jest pierwszy, a kto drugi. wazne zeby sie nawalic. w nastepnym beda zdjecia