tego bloga wyeksportowalem z gunther-und-hilde.blogspot.com i jest dość skrupulatnym opisem 4 dobrych lat mojego zycia, z reszta nie tylko mojego bo współbohaterem jest jeszcze jedna pani. to blog o dobrym związku, którego już nie ma, zajebistych znajomych, wrocławiu, podróżach, zajawach, muzyce i wielu pierdołach, które nawiedzały umysł dwójki młodych, zajebistych ludzi. miałem go już nie udostępniać ale kupe w nim dobrych wspomnień i dużego sentymentu. chyba nie warto się od tego odcinać.
niedziela, 27 lipca 2008
Niedzielna rozpusta. Pomidorowa, kotlety, kartofle, lody....
Mój brzuch pęka, nie mogę się ruszać ani nawet oddychać. Z wielkim trudem wstałam od stołu żeby nie popełnić samobójstwa.
Posadziłam grubą pupę przy kompie i robie sobie youtube party.
Jakby to powiedział mój brat, niezła nuta z Berlina, proszę: Ellen Allien&Apparat
Teaches of Peaches, ta lubiezna pani tez siedzi w Berlinie zdaje się... Guther nie lubi, ale to nie ważne bo go tu nie ma. Ja uwielbiam ten klip.
Hanky code, czyli lepiej uważaj na kolor swojej husteczki
sobota, 26 lipca 2008
Bardzo poważny plan na przyszłość
rzuc bracie blagie i chodz na pragie
p.s.
jak by moja dziewczyna albo ktos kto to czyta mialby jakas chec zeby zobaczyc foty mojej transformacji wizualnej to nic nie pokaze, bo nie. wroce to sie pochwale, a wracam juz niebawem.
czwartek, 24 lipca 2008
Hilde jedzie zdobywać Skandynawie

Haha! Hilde właśnie kupiła bilet samolotowy do Oslo! Piękna data 13.08, na szczęście nie piątek, bo choć przesądna nie jestem to w samolocie różne głupoty przychodzą do głowy, a jestem z tych co się w samolocie upijają sami z nerwów. Nie ważne, że samolot jest jakieś milion razy bezpieczniejszy od golfa.... jest za to jest za wysoko i zawsze może wybuchnąć, a wtedy raczej sobie nie wysiądziesz. No..... więc nie dość, że będę musiała się sama nawalić, bo sama lecę, gdyż mój łysy chłopak jest od dawien dawna w Norwegii jak powszechnie wiadomo, to jeszcze będę musiała się nawalić przed południem, gdyż jakiś brzydki pan co planuje loty zaplanował mój akurat na 6.00 rano. Taka miła godzina.
Gutek siedzi w Norwegii i zarabia pieniążki, a ja się letko opierdzielam. Podział obowiązków. Właśnie kilka dni temu wróciłam z Turcji, gdzie robienie nic było główną atrakcją. Ale! Po sesji mi się należało. Teraz za to też się nie przemęczam, od przyszłego tygodnia coś tam popracuje, bo muszę sobie śpiwór i trampki kupić przed wyjazdem. Stwierdziłam, że w Skandynawii jest na pewno za zimno na japonki, a w lakierkach na fiordy nie wyskoczę bo głupio.
Jeśli chodzi o Turcję, ojczyznę hałwy i natrętnych sprzedawców to było fajnie. Oczywiście jak ja gdzieś się wybieram to zawsze musi być coś nie tak. Jak ja nie poczynię głupich wybryków to natura zrobi to za mnie. Tak wyszło właśnie tym razem. Na wspaniałe powitanie Turcja uraczyła nas trzęsieniem ziemi. Mega głupie uczucie, wszystko się ruszało i trzęsło. Na szczęście miało to miejsce jakoś nad ranem, dlatego przeżyłam to lekko nieświadomie i się chyba nie zdążyłam porządnie zestresować.
Tak, Turcja to trzęsienia ziemi, hałwa, wspaniałe jedzenie i gorący klimat i upierdliwi faceci.
Było spoko.
Może nie powinnam nic pisać zanim nie poczynię odpowiednich kroków w tym kierunku, ale.... niech będzie, może jak napisze i publicznie obwieszczę to się bardziej zmotywuję... Postanowiłam, że człowiek nie może się tak wiecznie obijać, dlatego skoro już siedzę we Wro na dupie to ruszę głową i napiszę moją zaległą pracę licencjacką. Muszę zaprzestać swój bunt. Stwierdziłam, że presja społeczna, którą wywiera na mnie otoczenie, zarówno bliskie jak i dalekie jest wkurzająca i nie ustanie na pewno więc w celu jej zlikwidowania chyba muszę niestety złożyć broń. Poddać się! O nieeee! Nie podoba mi się to w ogóle. Ale to chyba jedyne wyjście, bo inaczej żyć mi nie dadzą. Chyba, że podłoże jakąś bombę pod instytut dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Stwierdzam, że z pewnością przysłużyłabym się społeczeństwu, likwidując ten wielki, śmierdzący pseudointelektualny wrzód.

No właśnie. Tak mi się to nie podoba,że od samego myślenia o pisaniu straciłam wenę twórczą. Koniec. Dupa. . Poza brakiem weny będę musiała zmagać się ze swoim buntem, muszę zatem oszczędzać siły na to gówno.
A jeszcze napiszę tylko, że idę jutro na Polpaśca do Kamfory i bardzo mnie to cieszy. Ha.... a niektórzy siedzą na norweskiej drabinie i też by chcieli pójść, ale Norwegia to zadupie, na którym Półpasiec nie gra.
czwartek, 10 lipca 2008
Hilde in Berlin!
Nie ma co pisać trzeba zobaczyć jak ktoś jeszcze nie widział. Zdobyłyśmy trochę Berlina z Kasią i Jolką. Było zaiste wundabar! 3 dni na wypasie. Dużo chodzenia, dużo picia, dużo dobrego jedzenia. Ooooo tak jedzenie było na wypasie! Zdecydowanie najwięcej deutche marks wydałam na jedzienie. Od gulashsuppe po sushi. Tak, mam zadatki na grubasa, wiem. Za to przeceny rozczarowały. Nie wiem co mi się stało, ale na prawdę nic sobie nie kupiłam. To nie w moim stylu. Istny skandal. Przywiozłam pieniądze do domu. To się raczej nie zdarza w moim wykonaniu zbyt często. Eeeeee.... właściwie to nigdy mi się to jeszcze nie zdarzyło. Mam nadzieję, że nie jestem ciężko chora, bo to by było jedyne sensowne wytłumaczenie.
No i oczywiście język niemiecki jest najlepszy. Chyba na prawdę muszę zacząć się znowu go uczyć.
No, ale na prawdę nie ma co pisać bo Berlin jest na prawdę super a dziś brakuje mi słów na opisanie jego superowości. Wrzucę zatem trochę zdjęć. O!









sobota, 5 lipca 2008
fi farn
no dobra koniec tego oszukanstwa
kurna jak tu jest wypasnie - lepiej niz w skierniewicach!!!!!!!!!!!
wszystko tu jest ladne i nowe, wszyscy ale to wszyscy maja oporowe ilosci hajsu i za ich norweskie korony kupuja sobie gadzety. norwegia - kraj gadzetow. na ulicy dzieciaki jezdza mega furami, na przyczepakach maja ladne felgi, nastolatki odpalaja sobie motorowki i plywaja sobie po fiordach z ziomkami. kupe amerykanskich fur i generalnie ameryka w najlepszym wydaniu. dilerzy chodza po ulicach i donosnym glosem oznajmiaja spoleczenstwu ze maja hasz do sprzedania po atrakcyjnych cenach. kurna raj!
co my tam robimy? malujemy chaty jak nam sie chce. najczesciej zaczynamy o 12 bo jedras nie potrafi sie wczesniej zebrac. opierdzielamy sie do 15 a potem po troche cos pomalujemy. w koncu zarabiamy za godziny co nie! jak sie skonczy dzien to lecimy pograc we frisbee albo do oslo bo maja tam kupe fajnych miejscowek. w nocy caly czas jasno wiec mozna chodzic i ogladac do woli. wcinamy parowki i paste rybna (co za syf). jak nadchodzi moment malej euforii z powodu np. ukonczenia malowania idziemy po puszke tuborga za jedyne 10zl za sztuke. kimamy w namiocie jak porzadni cyganie, myjemy sie co druga dobe, generalnie wypas. nie wspomne jak czesto myje zeby bo siara z deka. pogoda jest z dupy bo albo deszcz albo slonce i nigdy nie da sie przewidziec kiedy co nastepuje bo tu chmury jakos innaczej operuja. spotkalismy pare dziwnych osob ale o nich kiedy indziej bo nie mam tak duzo czasu. pstrykamy dobre foty ale one tez pozniej bo nie mam jak zgrac. licze na to ze za miesiac wroce do polski z oporowa iloscia ciapy i wtedy to pobaluje i wtedy bedzie dobrze. lece nara
wtorek, 1 lipca 2008
W A K A C J E!!!!!! i libacje

No w końcu! Ha! Z moją ulubioną koleżanką od nauki zwaną Jolką zakończyłyśmy nieco już męczącą sesyje! 5 egzaminów, wszystkie do przodu i to nawet chyba się pochwale z całkiem dobrymi wynikami. Trochę wyszłyśmy na kujonice, ale to nawet milo czasem być kujonem. Pierwsze kilka dni bez biblioteki zniosłam całkiem dobrze. Tzn w niedziele po ostatnim egzaminie i po meczu (nie muszę mówić, że wygranym przez drużynę właściwą, niezwykle mnie to cieszy) w jakże szampańskim nastroju wybrałam się z wyżej wspomnianą Jungle Jolką świętować upragniony początek wakacji. Myślę, że było to świętowanie na najwyższym poziomie. Ponieważ przez ostatni miesiąc byłam abstynentem całkowitym, procenty uderzyły mi do głowy we właściwy sposób. Narobiłyśmy trochę skandali, wstyd się teraz na mieście pokazać, ale co tam. Jak dzieci co je z klatki wypuścili przed chwilą. Były tańce i harce, było wino, była sangria był i szampan, była tamka nad Odrą (razy 2) skończyło się to wszystko opluciem dj z Kamfory i pomysłem spania na chodniku na Piotra Skargi. Nie ma co! Jesteśmy laski pierwszej kategorii. Dotarłam do domu w okolicach godziny 9 rano. Dzień był piękny i gorący postanowiłam zatem udać się do łóżka i tam go spędzić.

Dobrze jest się czasem porządnie nawalić.
Mimo, że po ostatniej imprezie z Julką obiecałam sobie, że pić na umór nigdy więcej nie będę, bo przyszedł ten wiek kiedy trzeba zacząć się zachowywać jak dama, to właśnie wczoraj swoje postanowienie zmuszona zostałam zawiesić. Powód miałam poważny gdyż mój kochany kolega Michał Piwko przeistoczył się ze studenckiej poczwarki w szanownego magistra. Od tego momentu nie ma żartów, wszystko serio. Więc jak najbardziej serio po całym dniu pluskania się i smażenia w aqua parku udaliśmy się na raz już przeze mnie wspomnianą w tym tekście tamkę. Piękny, gorący wieczór, dużo znajomych ..... no i jak tu się nie nawalić?!
Później była Bezsenność a potem najlepszy lokal na świecie czyli Spiżowa u Buczka Żuczka i Wu!!!!! Picie wódki do białego rana i spanie na podłodze. Noc w stylu klasycznym. Oczywiście nie obyło się bez przykrych konsekwencji..... Niestety. Zupełnie nie wiem dlaczego tak musi być, że zawsze jak się pije to później wszytko boli. Dziś z powodu bólu głowy nie mogłam otworzyć oczu.... dlatego spałam do 15. Na szczęście nie tylko ja więc nie było siary. Buczek i Wu są wspaniałymi gospodarzami, nie ma co...
Ale kacowy dzień nie byłby z tych klasycznych gdyby nie wizyta w mcdonaldsie, która była doskonałym zakończeniem...taką kropką nad "i". Zjadłam dziś najpyszniejszego wieśmaka na całym świecie i wspaniale sie z tym czuję. Tak samo jak wspaniale się czuje z moim kacowym bólem głowy, który chyba dziś już nie ustąpi. Czasem trzeba robić rzeczy złe, żeby później móc doceniać bardziej jak zrobi się coś dobrego. Tak więc napiszę jeszcze raz, żeby nikt przypadkiem nie zapomniał:
Dobrze jest się czasem porządnie nawalić!!!!!!!
Ponieważ w ostatnim wpisie zasugerowałam czytelnikom, że miałam szczwany, crazy ,tajemniczy plan, to myślę, że warto teraz odkryć tę tajemnicę, bo jak to bywa z planami nieco głupimi (im głupszy tym lepszy) został on wcielony w życie. Mianowicie chodziło o to, że w Krakowie 21 czerwca wystąpić miał Jamiroquai zatem nie mogłam sobie odmówić przyjemności pojechania do mojego ukochanego Krakowa i zobaczenia jak Jay Kay przebiera swoimi nóżkami na żywo. Nie mogłam sobie odmówić i nie odmówiłam. Problem polegał na tym, że jak wiadomo jestem nieszczęśliwą studentką studiów w trybie niestacjonarnym dlatego też weekend jest dla mnie czasem nauki i pisania egzaminów (jezu jakie to straszne jak wszyscy balują i czilują a ty musisz dreptac do szkoły wczesnym rankiem i dziobać brzydkie książki z tymi brzydkimi zaocznymi studentami) no i właśnie ten weekend był letko hardkorowy, gdyż miałam egzaminów w liczbie 3 (piątek, sobota, niedziela) i to w dodatku jeden gorszy od drugiego. Ale!!!!!!!!! Dla chcącego nic trudnego więc po napisaniu egzaminu numer 2 w sobotę zapakowałam Piwka (pana mgr Piwka) pod mą szaloną pachę i pojechaliśmy aż się kurzyło za nami. Po drodze dzięki uprzejmości Michasia powtarzałam sobie troszkę to czym miałam się pochwalić , że wiem w niedziele rano podczas egz. Zajechaliśmy do Kraka, zjedliśmy porządny obiad u Doroty (placki po węgiersku, były na pełnym wypasie) na Kaziku i wybraliśmy się z Tomkiem (zwanym człowiekiem drzewo) i jego superfajną dziewczyną Agatką na bulwary wiślane gdzie wyskoczyć miał do nas Jay Kay i zaśpiewać swoim lekko gejowym głosem. Wyskoczył i zaśpiewał pięknie. Nóżkami swymi też przebierał pięknie, ale akurat w to muszę bardziej wierzyć że tak było bo niestety organizatorzy trochę nie do końca mam wrażenie przemyśleli to widowisko. Scena była bowiem ustawiona po drugiej stronie Wisły, a Wisła szeroka więc nie było zbyt wiele widać. Słychać ok, ale wi
dać to tak sobie. Tylko ci nieliczni co siedzieli na barce pod sceną mogli podziwiać z bliska, ale my niestety jeszcze nie jesteśmy ci nieliczni. No i jeszcze jedna rzecz, że przyszły podziwiać Jay Kaya w dużej części osoby, które nie do końca chyba jakby to powedzieć kumały kto to, co to.... no i efekt był taki że my się chcieliśmy bawić a szaleństwo nasze musieliśmy ograniczać bo pod nogami siedziały nam babcie z wnukami smacznie zajadając precle. No ale tak to jest jak się robi takie imprezy za darmo. Ogólnie jednak jesteśmy zadowoleni. Było warto sie pierdolnąć te 600 km. Po wydostaniu się z tłumu i wypiciu kawy popitej colą udaliśmy się w drogę powrotną do Wro. No i napotkaliśmy drobny problem. Honda nie za bardzo chciała z nami współpracować i efektem tego było to, że dotarłam do domu o godz 5 rano jak koguty dawno przestały piać i krowy dawno wydojone i dawno świeciło wesoło słonko. W dodatku moje super połączenie kawa + cola nie pozwoliły mi za bardzo zasnąć. Ale!!!!!!!!! grzecznie wstałam i poszłam na egzamin z moimi podkrążonymi oczyma i bladym licem. Nie dość, że poszłam to jeszcze całkiem ładnie zdałam bo na 4 więc jest czego gratulować. No a kawa + cola lepsza niż red bull. Serio. Taki nowy drink powinien być może. Kawa+cola+wódka
O rany ale sie rozpisałam. Mój dzielny chłopiec, co siedzi w dalekiej Norwegii będzie ze mnie dumny. Pewnie mi z resztą zazdrości, że mogę tak sobie pisać na blogu kiedy chcę i co chcę, bo on biedny został całkowicie odcięty od świata gdyż do internetu dostępu nie ma za bardzo. Jak wróci to chyba z radości zapuści korzenie przy komputerze podejrzewam. Nie będę pisać co u niego bo on to na pewno zrobi sam lepiej. W każdym razie chłopaki zdobywają świat i jest im chyba całkiem wesoło.
Dobra koniec tego dobrego, bo to można się zmęczyć czytając tyle moich wypocin kacowych.
Warto z tego wszystkiego zapamiętać tylko (takie podsumowanie), że:
Dobrze jest się czasem porządnie nawalić!!!!!!!
i jeszcze coś na osłodę:
