piątek, 25 września 2009

Que bueno... rumuńska wycieczka do Portugalii - sprawozdanie

To będzie długi post, bo opisywać jest co. Nie było nas 3 tygodnie. 3P crew, czyli Piwko, Pretorious i Pancernick wybrali się na wycieczkę w dalekie kraje. Było super ekstra fajnie. W dużym skrócie Pancernik przez cały ten czas najwięcej robił nic. Poza 1000 kilometrów, które wychodziliśmy po Barcelonie, Porto, Lizbonie itd. zajmowałam się głównie mruganiem powiekami na plaży, czasem ewentualnie założyłam nogę prawą na lewą lub odwrotnie no i z boku na bok się przekręcałam i na plecach bądź na brzuchu leżałam. Czytanie książki było zbyt dużym wyczynem, wzięłam ze sobą cztery i wszystkie zaczęłam, żadnej nie skończyłam. Gapiąc się na ocean wypiłam 1000000 pysznych kaw (wiedzą w Portugalii co to dobra kawa),100000000 butelek wina, najadłam się Dorady i krewetek, zjadłam 100000 różnych ciastek z pastelarii, codziennie na śniadanie z Anną wcinałyśmy pyszne ananasy prosto z pól ananasowych z Madery..... ach... zachwytów kulinarnych nie ma końca... Ale po kolei. Na szczęście na wyjazd zabrałam kajecik, co by spisać wszystko chronologicznie, jak to tam było. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale tak w wielkim skrócie....

Drogi pamiętniczku....

Day 1
Wyjazd zaplanowany na 5:00 rano doszedł do skutku o 7:00. Zapakowani po dach wyjechaliśmy na autostradę kierując się na Zgorzelec i pachnącą nowością autostradę niedawno otwartą, omijającą miasto ceramiczne - Bolesławiec. Rozprawiając z Piwkiem o jakości opon w Pasiaku, narzekałam jednocześnie na wiatr, że nie ma co robić tylko wiać i że znosi mi auto na pobocze. Po chwili okazało się, że wiatru nie ma, za to opona wybuchła w powietrze.... no i zniosło nas na przymusowy pierwszy postój połączony z poranną gimnastyką z zestawem ćwiczeń pod tytułem zmiana koła. Tutaj Piwek zdał egzamin na prawdziwego mężczyznę. Koło zmienić umi. Podlewarował, odkręcił, przykręcił... gotowe. Żeby tego było mało rozbudowane koneksje rodziny Piwków sięgają nawet do legnickich oponiarzy. Nikt w sobotę o tej porze nie ogarnął by kupna i wymiany 2 opon w godzinę, tylko Piwek mógł to zrobić i zrobił. Żeby jeszcze było mało w prezencie dostaliśmy od panów oponiarzy GPS, który później niejednokrotnie uratował nam dupę i zaoszczędził w sumie ze 100 godzin czasu, nie mówiąc o nerwach. Od tego momentu pani Kasia i Pan Andrzej stali się integralną częścią Pasiaka. Też dzięki temu, dalsza część podróży do Barcelony przebiegła po naszej myśli.

Day 2
Postój na francuskie śniadanie

Droga



Po dwudziestu i kilku godzinach jazdy odebraliśmy Maria z Girony, jakby nas było mało w pasacie... zapakowani teraz już jak rasowi Rumuni udaliśmy się do Barcelony. Upał, niebieskie niebo, wakacje.... Chodziliśmy do późnych godzin wieczornych, aż nam ostatnie metro uciekło. Zbyt pijani Sangrią, aby ogarnąć przyzwoicie autobus nocny, szwendaliśmy się chyba do 5:00 rano nie wiadomo gdzie. Barcelona piękna i tętniąca życiem. Polubiliśmy bardzo.

Ekipa


Day 3
Kac zabił nieco we mnie radość życia dnia następnego, mimo to przeszliśmy milion kilometrów i było warto, bo Barcelona urywa to i tamto.







Day 4
Odpalamy się do w kierunku Portugalii. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Toledo i Saragossie.

Droga
2 nawigatory: GPS i Pretorius

Saragossa


Toledo - marcepanowe miasteczko

Siedzą 3 marcepany:


Day 5
Nad ranem docieramy do Portugalii. Jeszcze ciemno a upał sprawia, że pot po tyłku ścieka. Jakość dróg nieco się zmienia, czujemy się więc bardziej "jak u siebie". Zatrzymujemy się na kawę w jakiejś dziurze. Jest pyszna i tańsza niż barszcz (kawa nie dziura). Ruszamy dalej, wszystko pięknie tylko pogoda zaczyna się zmieniać. Im bliżej celu tym bardziej coś jest nie tak. Chmury nisko, trochę deszcz popadywuje... o oooł. Tak to właśnie dotarliśmy nad uroczy ocean, do krainy deszczowców, widok był mniej więcej taki:


Pancernik got a little scared, bo dupa mu marznie znacznie szybciej niż wszystkim innym, a ten widok nie napawał optymizmem. Na szczęście po 2 godzinach słońce wyszło i świeciło zupełnie przyzwoicie. Nie było upału, ale przez większość dni pogoda była fajna. Poza tym, że prawie każdego dnia było coś nie tak... jak nie wiało to padało, jak było słońce to wiało, jak nie było ani chmury to za to nie było fal itd. Jak w górach. Szczególnie z tymi falami. Na szczęście zimno nie było więc absolutnie nie narzekam. Kolejne dni od tego momentu będą upływać podobnie, wino (takie dobre a takie tanie), jedzenie z morza, przepyszna kawa, mniam mniam pyszności z pastelarii gadanie o pierdołach, machanie nogą na plaży, ocean, ocean, ocean..... Peniche - surfersko- rybacka wioska. Splendid.




Day 6

Trochę nas złapał deszcz na plaży więc się odpaliliśmy do Lizbony. Piękna jest Lizbona. Mój faworyt wśród miast, które widzieliśmy. Ciepło, przytulnie, nie za bardzo czystko, nie brudno, bez przepychu, przestronnie.... jak dla mnie bomba, mogłabym tam z wielką chęcią pomieszkać troszkę. Przy okazji tej wizyty nakupiłyśmy z Anną gadżetów z pastelarii tyle, że we 4 nie mogliśmy dojeść. Pyszności, słodkie, słone...Pancernik lubi jedzenie więc był w 7 niebie.







Day 7,8,9,10,11,12,13,14

Te dni wyglądały mniej więcej podobnie w moim wykonaniu: słodkie robienie nic i piękne marnowanie czasu na plaży z przerwami na sen i jedzenie i picie wina. Czasemm też jak nas pogoda wygoniła z plaży odpalaliśmy się żeby zobaczyć jak Portugalia wygląda poza Peniche. No przyznać trzeba, że słabo nie mają. Posłużę się pismem obrazkowym w celu przybliżenia, jak wyglądało to nasze życie tam daleko.

Śniadania:


Plażowanie:




Nasza baza:



O zachodzie słońca:




Surfowanie (Piwki były bardziej aktywne niż ja i Mario):


Krewetki:




Wycieczka do Alcobasy:
Miasteczko, w którym znajduje się piękne sanktuarium. Tam też spotkaliśmy pierwszych Polaków podczas naszego wyjazdu. Gdzie tylko pojawia się obiekt sakralny tam też muszą być Polaki.


Wycieczka do Obidos:
Z Obidos pochodziła niejaka Józefa, która żyła w czystości i w życiu gołego faceta nie widziała, za to kochała Jezusa i go malowała... z cyckami.





Day któryś tam... zbliżamy się do końca. Pakujemy się do Porto. Piękne jest Porto no i produkują w nim porto więc czego można więcej chcieć. Bajka. Zaniedbane, brudne stare miasto. 100 metrów od katedry kury biegają po podwórku. Nie ma w centrum wytwornych knajp, drogich sklepów. Są za to bidne lokalesy plączące się po wąskich uliczkach. Que bueno... Piękne widoczki rzeka, wzgórza, pagórki, 6 ogromnych mostów, jeden lepszy od drugiego, przyjazny klimat, w powietrzu unosi się zapach porto. Żyć nie umierać. Znowu nałaziliśmy się jak durni, znowu na kacu. Pięknie, pięknie, pięknie.











Było super fajnie. Po 2 dniach w Porto odstawialiśmy Maria na lotnisko, poleciał sobie wypoczęty do Londynu. My ruszyliśmy dalej naszym rumuńskim karawanem. Pojechaliśmy jeszcze na 2 dni do Francji, przy północy Hiszpanii ;))))). Tak się tam luzowaliśmy, że nawet nie zrobiliśmy zdjęć. Żadnych. Piwek popływał jeszcze na desce, my z Anną doszlifowałyśmy opaleniznę, następnie zawinęliśmy się i postanowiliśmy wrócić na Sudecką. Podsumowując, Portugalia to piękny kraj i trzeba tam jeździć. Wszyscy tam są wyluzowani, życie płynie wolniej, inaczej. Wszyscy są super mili, jeśli potrzebujesz pomocy, nie zginiesz, poruszą niebo i ziemie żeby ci ułatwić życie. Nie jest to najbogatszy kraj Unii Europejskiej, za to wydaje mi się najbardziej przyjazny. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że na stówę tam jeszcze wrócimy. Wakacje z Piwkami też polecam. Mam nadzieje, że w przyszłym roku też mnie zabiorą ze sobą, bo było super spoko, a to sztuka dla spędzić z kimś tyle czasu i nie mieć siebie nawzajem dosyć.


The Shins było też z nami:


sobota, 19 września 2009

y

na fali ostatnich zajawek załączonych na blogu pefki postanowilem rowniez poszperac troche w rodzinnej bibliotece aby poszukac cwanych ksiazek z zajebistymi polskimi ilustarcjami. moze mapa ktora zrobie o wroclawiu pojdzie grafika w ta strone bo co jak co ale polskie ilustracje do bajek z lat komuny sa takimi miszczami ze mala bania. just look at those ones:
















no i na koniec, cos co by juz w dzisiejszych czasach nie zostało dopuszczone do druku...

piątek, 18 września 2009

Cut Copy. I tyle!

cut copy jest mistrz zespołem. kawałek far away jest moim mistrzem od długich miesięcy. ale remixy tego numeru, porobione przez samych kozaków są tak samo wyjebane. tego posta dedykuje jednej piosence, co siedzi mi we łbie od roku pewnie nie wyjdzie jeszcze długo. czek it bo ja moge słuchac tego przez całą dobę naokrągło.

na początku oryginał:



poźniej kozak od bag raidersów:



a teraz hercules and the love affair co zrobił z tego kawałka (słaba jakosc ale hypem ma dobre):



na koniec pod tym adresem jest remix od golden filter, ktory tez jest nie chudy!

nie mam pojecia o co chodzi z tą pieśnią ale to jest dokładnie to co gunther lubi. i to w chuj!

are you a gay fish?

no dobra dobra. troche ten tydzien byl przebalowany co nieco. dzialo sie tak bo w jednym czasie nalozylo sie pare spraw, gdzie picie bylo wrecz obowiazkowe.

sprawa pierwsza - mam wolna chate. pancernik - ma luba siedzi z piwkami w portugalii i dobija mnie co dzien smsami jaka to pogoda ladna i jak siedza na plazy wcinając krewetki co je sobie zdobyli od rybaka, kiedy ja wlasnie wtedy dosmażam mortadele na leczo, bo tylko to mi sie w lodowce ostalo. w kazdym razie pomimo braku mojej dziewczynki i reszty kompanii wcale mie nie smutno, bo non toper ktos mnie odwiedza, z czego sie bardzo ciesze. przedwczoraj nawet zostal pobity rekord odwiedzin. na ogladanie meczu barcelony zjawilo sie ponad 20 osob, choc nie wykonalem nawet jednego telefonu by kogos sciagnac!. zatem nudno to na tej sudeckiej raczej nie jest. lecą mikstejpy sammy bananasa i daniela drumza, jest społeczniackie zamiatanie liści, jest gotowanie, jest w sumie nie najgorzej.

sprawa druga - w ubiegłą sobotę miałem rodzinne wesele. wesele mojej kuzynki, ktora jaka jedna z niewielu z mojej obszernej podlasko-lubelskiej rodziny jest naprawde super spoko. pojechalismy wiec na ślub i wesele. wesele bylo calkiem niebezpieczne bo zaczelo sie jakos wczesnie (znaczy o 16) i jak to na weselu trzeba bylo wlać ten obowiązkowy litr wódki w siebie (choc mysle ze moze i zrobilem lepszy wynik). były tańce z rodziną, byly wygłupy olą i kamilem na parkiecie przy ketchup song i macarenie (kurwa jaki ten dj był chujem na rope - na początku myślałem ze to lepiej ze nie ma orkiestry, tylko dj ale to wcale nie był lepszy wybor. ale coż wesela rzadza sie swoimi prawami i trzeba to uszanować, zwłaszcza ze przyszły rok chyba bedzie obfitował w wesela bliskich ludzi i nalezy sie powoli przyzwyczajać. W morde!

sprawa trzecia - niezapowiedziane picie tez sie zdarza. tak jak wczorajsza mini parapetowka u adama w rynku na melinie, na którą przyniosłem sobie jedno młodziezowe piwko, a skonczylem nawalony w bezsennosci z ola, kamilem, dyduchem, kondradem i dominem ocierając sie o spoconą mase ludzi okupujacych ten klub.

zatem zycie na sudeckiej, gdy nie ma mamy i taty w domu to nie łatwa sprawa. trzeba pić, trzeba zarabiać, trzeba żyć

na sam koniec mam jakies z dupy zdjecia z wesela z mojej komorki. to piewsze pokazuje troche ze mam naprawde ładną kuzynke i trzeba być dumnym z ładnej rodziny, a to drugie pokazuje mnie w mojej marynarce, spodniach od adama, butach od taty julki, a krawatem od taty gunthera - takim bylem kurna cepem numer jeden!



wtorek, 8 września 2009

euro basket on 120 inches

ci co nie są pałami z pewnością wiedzą, że w polsce odbywają się mistrzostwa europy w kosza. celowo użyłem określenia pały na tych co nie wiedzą bo takiego eventu juz dawno w polsce nie było, a wrocław jako miasto host żyje teraz koszykówką. zatem dotyczy to nawet dziewczyn. jak ktoś nie wie jeszcze o tym, to niech sie nie odzywa, bo kto sie odezwie ten pała. no w każdym razie od wczoraj czeka nas ponad 2 tygodnie dobrych emocji z polską reprezentacją, która chyba po raz to pierwszy ma taką paczkę, że nie ma sie co wstydzić. wczoraj własnie zorganizowałem oglądanie pierwszego meczu u siebie bo mam ku temu swietne warunki. chata pusta, a lodowka pełna bronxów. udało mi sie tez pozyczyc na czas krótki projektor od kamila, wiec wrzucam koszykówke na sciane i mam ekran na 120 cali! fuck yeah, wygląda to mniej wiecej tak:



beret tym razem w roli drugoplanowej ale i tak na pełnym cwanie. zatem ci, co chcieliby do mnie dołączyć na oglądanie, to zapraszam. miejsca w bród!

poniedziałek, 7 września 2009

beret jest królem

beret - kot od ktorego przyjąłem najwięcej kału na odzież (właściwie to jedyny od którego przyjąłem kał na odzież), mały bezogoniasty patafian, co wybrzydza, jest histerykiem numer jeden i jest rozpieszczony lepiej niż paris hilton ma teraz obóz przetrwania. gunther jest jego jedynym opiekunem. a gunther sie ze zwierzami nie pierdoli. gunther wydziela mu jedzenie i nie daje sie nagiąć na dokładki. gunther uczy bereta wchodzic przez kocie drzwiczki, co mu je swiezo zamontowano. beret co nieco przez to cierpi. ale efekty sa widoczne lepiej niż na reklamie visira z hajzerem. chodzi jak zegareczek, a do tego nie sra jak najęty.

ale ten post jest tak na prawde wielkim propsem dla bereta, bo chodz jebaniec marudzi jak mało który i czasem jest wredny do oporu, to koniec konców jest kozakiem jakich mało i ma zajebisty charakter. mieszkamy na sudeckiej tylko 2,5 miesiąca ale ja traktuje go jak swojego i mógłbym godzinami o gadac o numerach, które robi co dzien na chacie. zrobiłem pare fot na przypale, zeby ci co nie widzieli, zobaczyli who the fuck is beret/berek/beretti, a berek jest królem sudeckiej i nikt mu tego nie odbierze!











sobota, 5 września 2009

oni wszyscy są koślawi

Tu Gunther. Dawno mnie nie było. Teraz jestem bo mam dużo czasu. Właśnie dom mi opustoszał wiec najbliższe dni w liczbie 21 spędze samotnie w domu. Ktoś w końcu musi pracować na te wszystkie frykasy. Wszystkim naokoło mówie ze niby nie czuje sie z tym zle, ze wszyscy pojechali na waksy a ja siedzie 6746754 miesiąc we Wro i sie nigdzie nie przemieszczam. Ale tak w glebi duszy to zazdroszcze im. I to w chuj zazdroszcze. No w kazdym razie cała pancernicza, pokiereszowana ekipa domowa z moją dziewczyną na przedzie wyjechała dzis o 6AM zdobywać świat. Skład ekipy jest taki, ze mozna sie spodziewać ze bedzie z przygodami (tak jak ostatnio, gdy wracając z włoch młoda nie zaciągneła recznego na parkingu i prawie sie fura stoczyła w mini przepaść). Spodziewałem sie wiec, ze już wkrótce dostane jakąś nieźle przypałową historie. nie spodziewałem sie jednak ze dostane ja po 2,5h od ich wyjazdu. jakaś godzine temu zadzwoniła młoda, ze juz im sie opona rozpadła na autostradzie przy legnicy!!! dobrze ze piwko jest królem legnicy (właściwie jego ród jest jednym z rodów książąt legnickich) i ogarnął sprawe z opona w tempie ekspresowym. W każdym razie jeżeli nie dojechali nawet do niemiec, a już są przygody. to nie moge sie doczekac co sie tam dalej wydarzy. bo tak jak juz mowiłem. skład brygady ma potencjał na najbardziej niewydarzone wydarzenia świata. włącznie ze spotkaniem MENBEARPIGA w lasach Schwartzwaldu. Ja tymczasem siedze na sudeckiej, ide sie podmyc bo rutyna czeka na mnie. Może jakis portugalczyk sie na wycieczke trafi albo co..

piątek, 4 września 2009

Wycieczka oh yeah!

Późną nocą z dziś na jutro, kiedy wszyscy w deszczowym Wrocławiu spać będą smacznie, Hilde Pancernik, Mini Pretorius i Koślawy Piwko wyruszą w daleką podróż, aby podbić świat....


Wyświetl większą mapę

See ya in 3 weeks!!!!!!!