sobota, 17 października 2009

Pancernik kulturalny

Październik miesiącem parszywej pogody i festiwali. Właśnie kończy się Dialog teatralny, w przyszłym tygodniu natomiast trzeba iść na Interscenario, festiwal scenarzystów. Niby jest międzynarodowy, ale śmiem wątpić, czy za jego sprawą o Wrocławiu będzie głośno, raczej spodziewam się kameralnej atmosfery. Wracając do Dialogu.


Byłam niestety tylko na jednym spektaklu, ale za to na jakim....haha. Za sprawą mojej szkolnej koleżanki z ławki, gronostajowej Kasi, wybrałam się na trwającą 5:45h (słownie: niespełna sześciogodzinną) sztukę, a właściwie na trzy w pakiecie. Tragedie rzymskie Szekspira we współczesnej adaptacji szalonych Holendrów. Ku mojemu zdziwieniu wytrzymałam na pełnych obrotach do samego końca, zatem Holendrom należy się szacunek. Owacje na stojąco już dostali. Scenografia na wypasie, na scenie w trakcie spektaklu można było sobie chodzić, siedzieć, kupić herbatę, wino tudzież coś do jedzenia, ewentualnie nawet kuknąć na Facebooka, czy też sprawdzić pocztę. Niestety ja się nie załapałam, bo facebooka sprawdziłam przed wyjściem z domu, a na żarcie nie miałam kasy bo ostatnio w mym portfelu tylko przeciąg. Ale pomysł mega! Aktorzy pierwsza klasa, z resztą 6 godzin grania i co więcej skupienia uwagi widza przez cały ten czas mówi samo za się. Jeśli ktoś będzie miał okazję zobaczyć to polecam gorąco. Za rok, jak zwykle, wyrażam nadzieję, że uda mi się skonsumować więcej teatralnych deserów. Na pocieszenie, w przyszłym tygodniu pochodzę sobie w ramach Interscenario na projekcje filmów do WFFu. I to za fryty. Kilka ciekawych pozycji się znajdzie. Zachęcam do zainteresowania się tym tematem, bo jak dają za darmo to trzeba brać.



Poza ucztą kulturalną ostatnimi czasy dużo nauki się pojawiło. Szkoła zaczęła mnie nauczać i wypełnia mi tym samym grafik dość skrupulatnie. Poza tym na Sudeckiej jak to zwykle ktoś wpadnie na kawę, herbatę, wino i śpiew. Beret na zimę zrobił się wkurzający jak na starego dziada przystało. Jest nieznośny more than ever. Wczoraj raczył poczęstować się 10 glonami do suszi na raz, za karę, że nikt nie zwracał na niego uwagi przez 5min. Co to jest za baran z tego kota.... No właśnie wczoraj wieczór sushi miał miejsce. Właściwie nie wieczór a noc, bo żreć skończyliśmy o 5:30 rano. Mam dosyć japońszczyzny na najbliższe pół roku. I wina chyba też mam dosyć...ileż można... Guthaa na wygnaniu zarabia belgijskie kokosy,bo ktoś z naszej dwójki musi. Ja będę ta mądra, on niech robi biznes. Doskonały duet.
Tyle u nas. Jesiennie....

czwartek, 15 października 2009

urodziny bloga po raz drugi

nie do wiary. od dwoch lat ten blog jest w miare regulanie pisany. blog jest klawy. zaczal sie w krakowie a potem byl juz w paru miejscach. byl w norwegii na maloaniu, byl w portugalii na leniuchowaniu przez 3 tygodnie, generalnie jednak siedzi we wro - tam gdzie kuna i pancernik. nawet doroblilismy sie cwanego logo! ale to nie czas na refleksje - chcialem sie tylko pochwalic ze wlasnie tego dnia 2 lata temu poszedl po kablach tp pierwszy post i ciesze sie ze dalej angazujemy sie w ta zabawe.

a przygod i zdobywania swiata ciag dalszy. dawno mnie tu nie bylo bo tez nie za wiele sie dzialo. teraz ta apatia to przeszlosc. z dniem 03.10 zakonczylem projekt wassap 2009 i zwyciezylem. wprawdzi wygralem bardziej duchowo niz materialnie ale i tak jest mi z tym dobrze ze nareszcie zrobilem cos klawego i dobrego dla mnie.

pisze tera z belgii - do ktorej skusily mnie pieniadze placone w euro i hamburgery. z belgia zawsze laczyly mnie mile wspomnienia z mojego alkoholowo eksploatujacego stypendium erasmus. tym razem postanowilem wrocic na stare smieci zeby popracowac jak mezczyzna. olivier - moj belgijski ziomek kupil chate, ktora jest w stanie agonalnym i wlasnie ja remontuje. gunther zas zostal zaproszony do pomocy za siano. zatem nie zastanawiajac sie dlugo, spakowalem plecak i odpalilem sie na stopa do gent. teraz jestem tu juz tydzien. zjadlem w tym czasie jakies 6 hamburgerow i, 5 porcji frytek, i wynioslem jakies 4 milony ton gruzu z chaty olivera. mieszkam w tureckiej dzielni na mega chacie olivera, gdzie sklepow tureckich mam od groma i mam tam same kozackie rzeczy do jedzenia, poczynajac od serow, po przyprawy i kozackie chleby. wieczorami odpalam sie do miasta na spacer i chodze po miejscowach, ktore znam z przed 3 lat. pogoda pojebana - jak to w belgii, dziewczyny dalej wygladaja jak konie a lidl jest dalej tak samo tani. wszystko po staremu, tak staremu jak ten blog...