czwartek, 28 maja 2009

ZUS - this shit is ill!

ci co mnie znaja to wiedza, ze na slowa: policja, wojsko, urząd skarbowy, straz miejska, msza, gołąb, taniec z gwiazdami i ZUS reaguje bardzo agresywnie i nie wiadomo skad ale moj poziom wewnetrznej nienawisci rosnie w niebywalym tempie a w glowie roja mi sie pomysly na mord. dzis jednak jest dzien niebywaly. moim faworytem na dzis jest wlasnie ZUS i dzis otwarcie moge powiedziec ze lubie te instytucje. poszedlem tam bo chcieli sprawdzic czy nie symuluje mojej choroby barku. przyszedlem wiec na wyznaczona godzine 11:20. wchodzac tam juz myslalem ze bedzie zle. kupe grubych bab, ktore po wyrazie twarzy zdawaly sie byc w chuj opryskliwe, opor polamanych ludzi, atmosfera polskiego urzedu i komuny byla lekko wyczuwalna. nagle podchodze zeby sie zarejestrowac a tu pierwszy szok. pani jest brzydka, zas bardzo mila. pomogla mi sie zarejestrowac, wskazala mi miejsce przyjecia i wygodna kanape, na ktorej moglem sobie usiasc. zapytalem jak dlugo mam czekac, bo patrzac na tych wszstkich ludzi to zanosilo sie na dobre 2 godziny czekania na przyjecie. pani z usmiechem powiedziala zebym sie nie martwil i spokojnie poczekal na wyznaczony czas. i nagle szok. siadlem na kanapie poczekalem chwile i ni z tad ni z owad wzywaja mnie na wizyte u orzecznika lekarskiego. sprawdzilem zegar. 11:21!!!!!!!!!!!
totalnie zszokowany wchodze a tam kolejna bardzo niklej urody i bardzo wysokiego wieku pani. ale coz to. pani jest glupia ale mila. nie zadaje dziwnych pytan, jest sprawna na komputerze i nie traktuje mnie z gory jak symulanta, co chce nasze polskie pieniadze wydrzec tej wspanialej instytucji. pani poklepala w komp z jakies 10 min, skserowala dokumenty, sprawdzila czy mam blizny na rece i powiedziala ze wszystko cacy i wcale nie symuluje!!!!!!! to co teraz pisze na prawde sie wydarzylo!!!!!!!! ale najlepsze mialo dopiero nadejsc. laska odeslala mnie do pokoju nr 139, bo tam byla kasa. w kasie zas 3 pani. ewidentnie najbrzydsza i najglupsza ze wszystkich spotkanych. ta pani miala za zadanie zwrocic moje koszty przyjazdu do tego przybytku. zapytala wiec tak:
- gdzie mieszka?
- na wojszycach. - odrzeklem
- jednym tramwajem przyjechal czy dwoma??
- dwoma prosze pani. - sklamalem bo przyszedlem na piechote hohoho

nagle na stole przede mna laduje 9.60zl!!!!!!! zabralem pieniadze i nie mowiac dziekuje ani do widzenia wyszedlem na zewnatrz. prawie przewrocilem sie z wrazenia, biorac pod uwage fakt, ze moj stan konta na dzien dzisiejszy wynosi 1.87zl nie dosc ze spedzilem w ZUSie calkiem zgrabne przedpoludnie to jeszcze dostalem za to pieniadze.

jedyne co moge napisac o tym calym zamieszaniu to chyba tylko: this shit is ill! dzien 28.05 moge tez oficjalnie nazwac dniem przyjaznego ZUSu!

piątek, 22 maja 2009

what's up

no dobra, teraz o biznesie. juz jestem prawie gotowy zeby rozpoczac zarabianie pieniedzy! dopialem trase, dopialem plakat, ulotke i jestem na etapie drukowania rzeczy, ktora mam nadzieje pozwoli mi przezyc przez najblizsze pare miesiecy. nazwa wymyslona na kacu przez magnusa, mocno zainspirowana bruno. autorem wszystkiego co zwiazane z grafika jest Pefka, moj faworyt na ten tydzien, ktory predkoscia pracy dorownuje motorowce hulka hogana. dla tych milionow czytajacych tego bloga polecam sprawdzenie bloga Pefexa na www.uwielbiamcukierki.pl - warto. a teraz logo:



a teraz ulotka:


a teraz plakat:

kokos ty flecie

ja pierdziele, caly czas jestem w plecy z postami. filip wyjechal juz dawno temu. od tego czasu troche sie zmienilo. albo moze nie tak bardzo sie zmienilo bo po jego wyjezdzie i tak ciagle bylismy na bibach. mloda miala sie uczyc. ja tez mialem sie douczac. wyszlo na to ze douczalismy sie na kacu, bo wieczorami ciagle cos sie dzialo. jakies juwenalia wtedy wypadly. wprawdzie nie jaram sie juwenaliami za bardzo od kiedy jakis kurwa geniusz wymyslil zeby 3 rok z rzedu glownymi gwiazdami muzycznymi, odwiedzajacymi wroclaw stala sie shazza i inne boraty. mimo wszystko jest to zawsze powod do biby. pogoda byla najlepsza na swiecie, a u szczepana i agaty byl magnus wiec cos tam sie pobawilismy i bylo bardzo milo.

teraz za to siedzimy u wspomnianych juz don szczepa i agathy i pilnujemy im kota w czasie ich wyjazdu za miasto. kot jest najwiekszym kaszaniarzem na swiecie. ma jakies dziwne, nie-kocie ksztalty ciala, nie lubi dotyku ludzkiego i do tego wczoraj zrobil kupe, a potem ja przyniosl na pazurze do salonu i wytarl o parkiet.... nie do wiary. ale tak czy innaczej jaramy sie mieszkaniem w centrum. chodzimy na dach renomy poogladac widoki. pogoda caly czas daje rade ale nastal okres ciezkiego zapierdzielania. narazie widac to bardziej po hilde, bo ona od weekendu co dzien siedzi w bibliotece. ale ja tez co nieco robie. efekty juz nawet widac. pozniej pokaze.

niedziela, 17 maja 2009

buttscratcha! phillip in poland cz. 2


w sobote rano, mimo lekkiego zatrucia alkoholowego jakos udalo nam sie wskoczyc na poranny pociag z krakowa do wrocławia. tam juz czekała na nas mloda, ktora zabrala nas na upragnioną kawę do "klitki" na grunwaldzie u julki-burżuja. klita julki wyglada troszkę gorzej od bazyliki sw piotra ale dla studenciaka jest w sam raz. jak dla mnie troche za mało kryształu i drewno afrykańskie miało taki dziwny odcien... pozniej pojawilismy sie u adama, bo nie tylko ja mialem gosci. tam odwiedzala go druzyna bialorusinow, co to glowe maja nie małą do biznesów wszelkiej masci. byli bardzo spoko, wodke pili tez bardzo spoko, totez kiedy wieczorem jechalismy do miasta na bibe to lekko bylismy pozamiatani. poszlismy do absyntu bo byl qube i znajomi. pobujalismy sie chwile do baltimore'ow a pozniej rozdzielilismy sie. mloda poszla z piwkiem na boxcuttera (podobno wyszedl rewelacyjnie) a ja poszedlem z filipem na spacer po miescie i rozbijalismy sie nawaleni o elewacje (tez calkiem rewelacyjnie). tej nocy nie zostalismy zbyt dlugo w miescie bo nastepnego poranka czekala nas juz inna niespodzianka, a mianowicie komunia mojej siostry.



ten komunijny poranek zastal mnie z najwiekszym kacem z naszej trojki. nie wiem czemu akurat ja, ale tak sie stalo, ze to ja bylem najgorszy przez caly ten dzien. pojechalismy na msze i gdyby nie to ze stalem na zewnatrz i moglem oddychac swiezym powietrzem to chyba bym sie przewrocil. pozniej pojechalismy na obiad do domu i tez nie wykazywalem sie zbytnia energia do robienia czegokolwiek, a gra w boulle byla maksymalnym wysilkiem dla mnie tegoz pieknego dnia. no ale coz, kazdy ma chwile slabosci. do wieczora odbudowalem troche sil i udalo nam sie pojechac do miasta na szpaciren nejszen. tam spotkalismy szczepana i agate wraz z magnusem - najlepszym norwegiem jakiego znam. magnus przyjechal w odwiedziny na pare dni wiec gdy mnie zobaczyl, na dzien dobry dostalem kielona wiśniowki. tamten dzien mimo wszystko zakonczyl sie bezpiecznie i dosc wczesną porą, w dość dobrym stanie wrocilismy do domu.

nastepnego dnia zegnalem sie z filipem, bo musial juz odjezdzac ale zanim wrzuciłem go do pociągu, pojechalismy jeszcze szybko do hali ludowej bo tam jest zajebista wystawa o historii zjednoczonej europy, na którą jak dla mnie pójść należy obowiązkowo. pozniej tylko szybkie odwiedziny u szczepana, a tam magnus skubany juz czekal z wiśniówką. przyjeliśmy wiec szybkie 0.5 i delikatnie przetrąceni udaliśmy się na dworzec. goscilem juz w swoim zyciu duzo ludzi, ale te gosciny byly chyba najlepsze jak dotąd. filip jest moim czarnym bratem i przyjmowanie takich ludzi zawsze bedzie zajebiste.

piątek, 15 maja 2009

od magnusa do guntherusa

mily klip co sie nim jara magnus:

2009 is sooo 2009

ok. tera troche multimediow. ostatnimi czasy doszly do mnie wiesci, ze w koncu doczekamy sie ekranizacji bruno. nie ukrywam, ze jestem zajarany do oporu, bo to chyba najlepsze jak dla mnie wcielenie saszy. czek dis ałt bo urywa dupe. teraz biegam po ulicach i krzycze "wassap":







boki zrywać!!!!!!!!!!!!!!!

i wear nike the hustler's shoes - that's what i'm accustommed to


tak wiem ze teraz moja kolej pisania posta. wiem rowniez ze w chuj sie dzialo ostatnimi czasy, a ja zamiast to rejestrowac na biezaco tego nie robie. teraz jest poranek, mam lekko przemielony leb, pogoda jest piekna, wlasnie wypilem kawe pod renomą, która uwielbiam najbardziej. po kolei:

1 - przyjechal filip - moj czarny brat ze szwecji. filip jest najbardziej bezproblemowym gosciem jakiego mozna goscic, co cenie w tym roku jeszcze bardziej po tym jak moja goscina 2 belgijskich znajomych okazala sie troche trudna do zniesienia i tak slaba ze nawet chyba nie napomknalem o tym na blogu. niewazne, z filipem spotkalem sie w krakowie. dojechalem tam stopem z racji tego ze pierdole oficjanie polskie pociagi. o pociagach napisze kiedys oddzielnego posta. nie bylem jednak zbyt szczesliwym stopowiczem bo jak stanalem na autostradzie o 13 to w domu u karoliny, kolezanki filipa bylem o 19. well done mateusz! niewazne. tamtej nocy zaczelismy maraton alkoholowy. cos duzo tych maratonow w tym roku juz bylo... poszlismy do knajpy na mecz barcy a pozniej swietowalismy z filipem i moim ziomem hajzralem zwyciestwo hiszpanow nad tymi pacanami z czelsi. nastepnego dnia predka pobudka, szybki mejkap i do miasta na dluugi spacer. byly lody ze starowislnej i kebab x 2 na grodzkiej u mojego ulubionego turasa, byla tez koszykówka w wersji niepelnosprawnej na miasteczku agh. wieczorem zas poszlismy do jakiegos famfaramfam klubu z kolegami i kolezankami zagranicznymi karoliny, co to stacjonuja w krakowie. wybitnej klasy mongoly, bylo nudno do oporu. jedyne fajne to to ze kupilismy na spole mojito o wielkości wiadra i saczylismy we trojke przez 2 godziny, bez kitu.

3 dnia bylo najlepiej bo byly juwenalia pelna para i szaleni studenci najebani po calym miescie robiacy glupie rzeczy. my z filipem i karolina dolaczylismy do ekipy hajzrala, a pozniej do paru innych swiezo poznanych wariatów i jak zaczelismy bibe o 13, to skonczylismy o 5am. bylismy na grilowaniu na miasteczku agh i z przykroscia stwierdzam ze to nasze wittigowo to niech sie pod kape schowa bo tam dzialo sie duzo wiecej i zjedzono na pewno wiecej kielbasy. filip byl jedynym czarnym w okolicy, czym byl mocno zdziwiony ale generalnie musial sie odpedzac od lasek, wiec byl szczesliwy - taki to przywilej murzyna w polsce! najwazniejsze jednak mialo dopiero nadejsc, bo o 2am zawinelismy do carycy, klubu w centrum w ktorym grywaja gangsteppaz. klub ma najlepsze naglosnienie jakie slyszalem w polskich klubach, a tej nocy zaprosili axmusique - kolesi z lodzi - grali brudne elektro, a do tego spiewali. jak dla mnie biba roku! po klubie zawinelismy na chate a o poranku prosto do wro. na tym skoncze tego posta bo zrobil sie niebezpiecznie dlugi.