poniedziałek, 28 czerwca 2010

......

Wow! Nie mogę się nadziwić. Toż to niesłychane. Mój chłopak stał się hiperaktywnym blogerem. Chyba znam przyczynę. Każda wymówka dobra, żeby się nie uczyć. Znam to i rozumiem dobrze. Ja czytam pudelka dla odprężenia, bo tam są zawsze same ciekawostki. Np dzisiaj dowiedziałam się, że Mateusz Damięcki schudł 14 kg, gdyż ma zagrać w filmie o obozach koncentracyjnych, a Britney Spears prześladowała swoją terapeutkę, bo się w niej zakochała. No i teraz to już nie wiem czy ja dobrze wytyczyłam sobie ścieżkę kariery. Ten mój zawód taki niebezpieczny, jak się właśnie okazało. W sumie to nie mam nic do powiedzenia. Życie moje nudne jest w trakcie sesji i nie warte komentarza. Ale za to, że Gutek tak ładnie ogarnia bloga, wrzucam mu prezent w postaci tego oto wideoklipu. O!

Totally Enormous Extinct Dinosaurs - Garden from TEED on Vimeo.



Acha! Żeby potwierdzić prawdziwość słów Gunthera, oficjalnie ogłaszam juro, 29 czerwca, dniem Domestosa. Szykuje się wielkie odkażanie Janusza. Domestos day! Hej hej hej! Here comes Pancernik, better pray!

Artengo Kubota i Atlantic will make your day.

Wow. Wczoraj były uodziny Ani na Sudeckiej. Hepi berzdej Ania. Ania zrobiła jakieś 3 kilo jedzenia i wszystko było super dobre. Jak to u Ani – było dużo owoców, więc poziom witamin i dobrych składników odżywczych w moim kiełbasianym ciele wzrósł po wczoraj do jakiegoś absurdalnego poziomu. To prawdopodobnie jedna z ostatnich posiadówek na naszej najlepszej chacie swiata przed projektem przeprowadzkowym. A zmiana adresu już za pare dni. Tylko najpierw zdamy wszystkie egzaminy. W kazdym razie odebralismy klucze i wczoraj byliśmy na wizytacji. Nowa chata miazdzy tak samo jak Sudecka. Jest opor miejsca i pare naprawde dobrych zakarków. Ja z Hilde będę mieszkal na pietrze w takiej troche klaustrofobicznej jamie ale w sprawie wybierania pokoju mam wrażenie ze ja, tak samo jak i Piwko nie mam za wiele do powiedzenia i chyba tez nie za bardzo mam ochote mieć cos do powiedzenia. W kazdym razie po weekendzie rozpoczyna się nowy rozdzial. Hilde jako pedantka numer 1 naszej zalogi już się nie może doczekac az tam wejdzie i wyszoruje cala chate po swojemu, żeby przypadkiem nie zostala żadna bakteria po poprzednich uzytkownikach, a Kodziro tez ma jakies schizy na punkcie higieny i zarazków wiec chyba tez bez oporów jej w tym pomoze. Nawet ostatnio mieli taka rozmowe przez telefon. Brzmiało to mniej wiecej tak:

(Hilde): Michaał ale już się nie mogę doczekac az wjade na Januszowicką i wyDomestosuje każdy kąt tego mieszkania. Pomożesz mi?

(Kodziro): Dziewczyno, nie wiem czy wiesz ale ja na drugie imie mam Domestos!

Dziwne to troche jak dla mnie. Taka nadmierna ekscytacja Domestosowaniem chaty, no ale któż powiedział że jesteśmy w pełni zrównoważonymi ludźmi.

Podczas wczorajszej kolacji wyszło też pare dobrych historyjek i poczyniłem pewną obserwację. Otóż z racji tego że teraz mieszkam w Radwanicach – najgorszej wsi na ziemi, gdzie pogoda jest zawsze niekorzystna, a ludzie częściej mówią Kurwa, mam niesamowitą okazję żeby posiedziec z moimi rodzicami przez pare dobrych dni, co ostatnio nie działo się dość często. Wychodzą z tego często śmieszne rzeczy, np. rzecz o której zapomniałem totalnie – kult klapek w polskiej kulturze.

Po pierwsze – co za debil wymyślił klapki? Albo nie, klapki są spoko. Ale wiecie gdzie – na basenie! Zadam wiec inne pytanie. Kto wprowadził te jebane klapki do polskich domów i dał rade przekonać wszystkich ojców tego kraju do tego, że klapki są spoko? Może lepiej zebym nie wiedział bo zabije gołymi rękoma. Skad to się u nas wzieło?? Każdego ranka i wieczora dialog z moim ojcem wygląda mniej wiecej tak:

- Co tak chodzisz na bosaka, załóż klapki.
- Po co?
- Bo jest zimno, zaziebisz się.

W tym momencie musze wstawić pierwszy komentarz. Jakim cudem mój stary, który naprawde jest rozgarnietą osobą mógł wymyśleć, że w środku czerwca, chodząc po dywanie zaziębie się od chodzenia na bosaka???? Aaaa jeszcze zapomniałem przypomnieć, że dla mojego starego w ogóle nie ma znaczenia czy chodzę na bosaka czy w skarpetkach. On po prostu widzi, że nie mam klapek i to go bardzo dręczy. Dalej dialog idzie tak:

- Jest czerwiec. W czerwcu jest gorąco i chyba jakoś sobie poradzę.
- No załóż klapki...
- Nie, bo są wieśniackie.
- Masz, dam ci moje...

W tym momencie dialogu mój stary zdejmuje swoje własne klapki, na które ciężko sobie zapracował i daruje mi je pod moje stopy opiekuńczym gestem!!!! Jak cudowna jest ta potęga ojcostwa, gdy doświadczasz takiej chwili. Twój własny ojciec, ryzykując zdrowiem daruje ci Jego klapki, w których śmigał przez całe popołudnie! Nie do wiary. Jedno tylko mogę stwierdzić. Only in Poland! A teraz co najlepsze. Podobnego rodzaju sytuacja dzieje się mniej więcej w co drugim domu!!!!

Czy nasi starzy chodzili po glinie i torfie w swoich domach. Czy oni wychowywali się na moczarach??? Jakim cudem te prawdy ludowe przeniknęły ich mózgi tak bardzo że uznali noszenie klapek za obowiązkową czynność domową. Jak ktoś potrafi dać mi jakąś odpowiedz na to, to bardzo proszę. Ja rozumiem, że co kraj to obyczaj. Czasem chyba jednak boli mnie to, że my – Polacy przysposobiliśmy sobie te najbardziej obciachowe obyczaje...

Ide na mecz. Gra Słowacja z Holandią. Go Slovakia! A sędzia HUJ.

sobota, 26 czerwca 2010

radwanice pokaż cyce

Generalnie to siedze sobie w Radwanicach. To taka wieś pod Wrocławiem, gdzie z różnych powodów na nieszczęście osiedlili się moi rodzice. Radwanice to najbardziej chujowe miejsce świata i ludzie powinni tam mieszkac za kare. To tylko pare kilometrów od Wroclawia a taka mogila. Oj oj oj. W każdym razie przyjechałem do nich żeby odciac się od swiata pokus (co w Radwanicach jest bez problemu do osiągnięcia bo tam nic nie ma) i skupic się na nauce do egzaminu, bo dni już malo a stan mojej wiedzy o wrocławskich basztach obronnych i polach uprawnych jest mało zadowalający. Jedynie co mnie odciąga od nauki to te zasrane mecze, a mecze piłki nożnej nie pomagają w nauce. Odbywają się mistrzostwa swata, a mistrzostw się nie omija ot tak. Dzieja się dobre rzeczy bo na przykład ku mojej uciesze włoskie pedały i maminsynki, wielcy obroncy tytulu nie wyszli z grupy i sa obiektem drwin z mojej strony. Jaram się również nowym słowem które na zawsze już chyba zapadnie w pamiec wszystkim kibicom – WUWUZELE. Wuwuzel oficjalnie jest najlepszym i najbardziej irytującym gadzetem na stadionie. Sam bym takiego sobie zmotal ale chyba strzal w ryj murowany jakby z tym na stadionie slaska kolo laziorow wystapic. O! tak a propos - kim sa laziory. To jest jedno z tych slow ze slangu kibolskiego, ktorego nie rozumiem. Jezeli ktos potrafi mi wytlumaczyc kim oni sa, to poprosze. Bo domniemam ze laziory lubią duzo chodzic. Ale to tyle? Bo jezeli tak, to moze chca sie wybrac na wassapy ze mną. Pozniej bede sie chwalil ze chodzilem z laziorami. Pojdziemy na trójkąt i napiszemy w bramie jakiejs kamienicy LAZIORY 2010 - bo oni zawsze piszą w którym roku tak sobie spacerowali. Laziory... ja pierdole.

A teraz stare historyjki, wcześniej nie wspomniane.

Hilde – moja dziewczyna zepsula sobie nadgarstek. Zdarza się każdemu ale w takim stylu w jakim to zrobila to zdarza się tylko jej albo może jeszcze piwkowi choc nie jestem pewien. Hilde na urodzinach piwka, które odbyly się już dawno, mając jakies 17 promili alkoholu we krwi poszla na ulice wypróbować longboarda, którego piwek dostal od ani w prezencie. Co było tego efektem, to już wiadomo ale najlepsze jest to ze hilde z pękniętym nadgarstkiem była tak elegancko znieczulona, ze zaczelo ja bolec około poludnia dnia nastepnego, a dopiero o 16 wymyslila żeby pojsc do szpitala. Zostal jej zalozony najbardziej wieśniacki gips jaki kiedykolwiek widziałem, który calkiem niezle obrazuje służbę zdrowia w tym kraju.

Gunther – byłem w New York Timesie! W tym amerykanskim. W tym na papierze. Zadzwonila pewnego razu pani z ameryki. Powiedziala ze jestem ekstra i ze chce mi zadac pare pytan. Wiec odpowiedziałem i za 3 tygodnie artykul siedzial już w prasie ze mna jako jedyną rekomendacją dotyczącą wycieczek pieszych po Wrocławiu. Teraz dzwonia do mnie amerykany i chca ze mna chodzic na wycieczki, a ja zarabiam kupe siana. Wg moich skrupulatnych obliczen już w 2655 roku (czyli w tysięczną rocznicę potopu szwedzkiego) będę naprawde bogaty.

Ide sobie bo jest kolejka do komputera.

środa, 23 czerwca 2010

rzecz o Kleinburg Strasse

Blog jest mega z dupy bo Hilde jest kujonem i leniem w jednej osobie a ja mam za mało motywacji i nic się nie dzieje. Nie wiem o czym pisac bo już w chuj rzeczy zostało ominiętych. O, może o nowej chacie. Tak tak, dostaliśmy eksmisje. Nasza pani landlord się wyprowadza a my razem z nią. Nie wiem czy ta wyprowadzka ma jeszcze jakies inne podłoże (na przykład takie ze jestesmy lokalnymi rozbójnikami na tej emeryckiej krzyckiej oazie ) w każdym razie fakt jest faktem. Na początku lipca siedzimy na nowej chacie!

Chata, choc w niej nie byłem to wszyscy mi mówią ze jest zajebista. Znajduje się ulice obok Sudeckiej, w wielkim poniemieckim domu. Mieszkan w srodku jest parenascie. My zajmiemy to na samym poddaszu. Z tego co wiem to sąsiedzi i tam nie grzeszą młodością więc niech się szykują bo jak Gunther z Piwkiem zrobią before (zwany również biforem) to będzie pogłos aż do Sudeckiej. Metrów w chuj, jedyne co to nie ma ogrodu no ale bez przesady. Ważny jest również skład mieszkania, gdyż mamy nowego flatmejta. Trzon pozostał ten sam – Kuna, Pancernik, Piwko, Anka. Nowym graczem jest..... KODZIRO! Tylko nie ten z kreskówki, tylko ten popaprany wrocławski kodziro, nasz najlepszy sushi provider w galaktyce! Michal jest ekstra więc pomyślnie przeszedł wieloetapową rekrutację na najlepszego współlokatora i był na tyle popaprany żeby zgodzic się z nami mieszkac, a Michal jeszcze nie wie co to znaczy hoho. W ogóle należy mu się największa flaszka w mieście, bo gdyby nie on to byśmy w ogóle tego mieszkania nie mieli. A było to tak:

Hilde znalazła mieszkanie na stronie z mieszkaniami. Zajarała się bo ładne, bardzo dobre cenowo a do tego na krzykach a ci co z Wrocławia to wiedzą, ze Krzyki miażdzą. Zadzwoniła do pośredniczki i umówiła się na spotkanie. Kiedy pośredniczka zobaczyła moją dziewczynę, co wygląda jak 18-latka i Anię co wygląda jak 15-latka to od razu powiedziała, że sory ale właściciele nie chcą wynajmować chaty studentom. Dziewczyny więc nie dały rady przekonać Pani, że one w sumie są dośc poważnymi dziewczynami w stałch związkach z poważnymi facetami (pisząc to nie wierze, że to napisałem), że mają pracę i nie w głowie im wygłupy. Pani chyba jednak nie dała się zwieść i dziewczyny nie przeszły do dalszych etapów negocjacji. W tym momencie pojawia się w historii nasz super kolega Michał-Kodziro, który dowiedziawszy się o całej akcji postanowił wziąć sprawy w swoje rece. No więc najpierw wziął w te ręce telefon i przedzwonił na następny dzień do innej pośredniczki, zajmującej się tym mieszkaniem. Powiedział ze jest właścicielem restauracji i że potrzebuje dla siebie mieszkania pod biuro i dla jego pracowników – czystych, schludnych i wierzących w Boga. Pani się oczywiście zgodziła na spotkanie. Michał założył koszule, okulary biznesmena-ogarniacza (takie z grubą ramką na górze i bez ramki na dole) i po mistrzowsku ogarnął mieszkanie. Mam nadzieje, że ta pośredniczka co odrzuciła dziewczyny za pierwszym razem nie trafi na tego bloga bo chce jej internetowo powiedziec ze jest słaba i ssie, a Michał miażdzy niczym miażdzycza kości.

A teraz dodatkowa historia zwiazana z chatą. Jest dośc dluga ale postaram się ją streścić najlepiej jak się da bo jest zajebista.

Zaczne od tego ze Wassapy działają aczkolwiek chujowo i tylko z partyzantki. Troche sytuacje ratuje fakt ze nie wiem jakim cudem pojawiłem się w zagranicznej prasie w artykule o Wrocławiu i ludzie dzieki temu do mnie dzwonią. Wlasnie 2 tygodnie temu dostalem telefon od amerykanki z Waszyngtonu, co chciala do Wrocławia przyjechac. Powiedziała mi ze nigdy tu nie była a do tego jej przodkowie pochodzą z Breslau. Powiedziałem jej, ze zajebiście i zapytałem czy chce, żebym sprawdził w archiwach jakieś dokumenty i probował ustalić ich adresy zamieszkania czy inne rzeczy z nimi związane. Ona powiedziała mi ze spoko, że mogę to zrobić. Więc 4 dni temu poszedłem do biblioteki na Piasku i poszukałem co nieco o nich w starych księgach adresowych. Namierzyłem ich mieszkania i co wyszło????
Wyszło to, że wyprowadzamy się do domu, który był własnością jej rodziny!!!!!!!!
Słabo?? A żeby było śmieszniej to dowiedziałem się o tym w ten sam dzien, w którym dostaliśmy finalną decyzję o wynajęciu tego mieszkania!! Więc albo to po prostu jakiś przejebany zbieg okoliczności do dziesiątej potęgi albo możecie zacząć obmywać mi stopy i mówić do mnie JAHWE albo Błogosławiony Gunther – patron gryzoni, dziwnych zwierząt afrykańskich i ludzi z konuzjami stawu barkowego.


Wyprowadzka rozpocznie się po naszych egzaminach na początku lipca. Wtedy dojadą jakieś zdjęcia.

P.S.
Nie można do mnie mówić Błogosławiony Gunther bo takowy już istnieje. Żył w 11 wieku, był synem Stefana – króla Węgier. Po paru latach podróży przyjechał do Niemiec i został biskupem HILDEsheim. Nie wierzycie? A może ktoś mi powie, że znowu zbieg okoliczności?
http://www.newadvent.org/cathen/07084a.htm

P.S. 2
ten numer przyniósl piwko i jest najlepszy na swiecie






SLUGABED - DONKY STOMP by SLUGABED

piątek, 18 czerwca 2010

ten post jest starszy od twojej starej

On na prawde jest stary. Ale musialem go kiedys usunac bo pomyslalem ze jest slaby, a do tego nie chcialem aby wpadl w niepowolane oczy, gdyz nie wiem czy ktokolwiek wie ale przez dobre 5 minut oczy calego swiata skierowane byly na mnie. Teraz postanowilem go wrzucic z powrotem bo juz nikt na mnie nie patrzy a do tego chyba sie nie przejmuje za bardzo.

Od miesiąca nie było tu nikogo. Nie będę tu zwalal na lenistwo mojej dziewczyny czy swoje roztrzepanie. Teraz jesteśmy w pokoju we dwoje. Ona pisze na laptopie swojego posta, a ja na stacjonarnym mojego. Będą chaotyczne bo opisywane wydarzenia miały miejsce już dawno temu.

Rzecz o mojej pracy.

Nastal czas rozstania sie z nia, bo pomyslow przybylo na swoje interesy, a do tego juz chyba wyczerpałem limit mocy pracy w tymze biurze. Nie do końca chyba sie tam ze wszystkimi dogaduje. Jedna jest taka co nie lubi się uśmiechać. Nie wiem czemu tam pracuje, skoro tam przychodzą turyści. Turyści są szczęśliwi, że przyjechali do Wrocławia, a ona skutecznie zabiera uśmiechy z twarzy wszystkim, których napotka, niczym Joachim Brudzyński. Siedzenie przy niej grozi kalectwem...

Musze tez wspomniec, ze zmeczylem sie troche siedzeniem tam z powodu atakujących mnie Niemców, którzy jak wszyscy wiedzą nie są spoko. Po pierwsze dlatego, że gadają po niemiecku, a po drugie dlatego że są starzy jak Matka Teresa z Kalkuty. Zazwyczaj przyjeżdżają w większych grupach. Najpierw osiadają na pocztówkach i z wielką chęcią wybierają tę, która jest zrobiona w stylu retro, z retuszami starych obrazków z Wrocławia, podpisanych „Gruss aus Breslau” – mmmm jak oni dopadną tę pocztówę to naprawde zajawa i wynoszą ją w ilości sztuk co najmniej paru. Później trzeba z nimi odbyć krótką pogaduche i tu jest problem. Zacząłem ich rozumieć. Umiem wiec powiedzieć, że nie mamy znaczków na ich jebane pocztówki (wir haben kajne marken fur zie werpizdiś brifen). Męczą mnie też ich miny kiedy szczerze odpowiadam, że naprawde nie wiem jakie imprezy kulturalne odbędą się w listopadzie bo dopiero kurna kwiecień (bardzo trudno im to pojąć i zawsze dziwnie się wykrzywiają).

Męczą mnie Hiszpanie co nie mówią młoty po angielsku i chyba w moich osobistych kryteriach już dawno uplasowali się na pierwszym miejscu wśród największych kretynów europy. Tylko oni są zdolni w środku lutego zapytać dlaczego fontanna przy hali stulecia nie pracuje (perke la fontana no trawaho, e?).

Ruscy też się nie popisują z ich przeokrutną manią kupowania pamiątek dla całej rodziny i chyba jeszcze połowie znajomych co mają na naszej klasie (w wersji rosyjskiej www.adnoklasniki.ru). Ruscy do tej pory nie opanowali sztuki stania w kolejce. Najczęściej stosują metodę jak najbliższego podejścia pod ladę i wychodzą z założenia, że obsłużony zostanie ten, któremu bliżej uda wepchnąć się brelok albo magnez w moje nozdrza. Do tego trudno im wytłumaczyć, że miejsce w którym pracuję bardziej przypomina sklep a nie stragan i tu się nie targuje (Skolko stoit brelok? 12 zl. Dajte dwa za 20 pażalsta).

Te piękne chwile należy doprawić muzyką z 2 plyt, ktore nie wiem czemu leca w kolko od paru miesiecy. Jedna plyta to koncertówka U2, a druga (jeszcze lepiej) to płyta z muzyką Hansa Zimmera (tego co do połowy amerykańskich dramatów wojennych napisał muzyke). Czasem więc nie jest za fajnie.

Poczyniłem też ciekawe obserwacje upodobań narodowościowych do poszczególnego rodzaju asortymentu. Zatem:

Ulubionym gadżetem Hiszpanów i Włochów są wszystkie najgłupsze ceramiczne wyroby. Przede wszystkim chodzi tu o bukłak na płyny zamykany na korek, co wygląda jak z namiotu Batu Chana. Popularny jest też gliniany róg a la impreza u Dionizosa, no i kielich zwany popularnie świętym Graalem. Wszystki te produkty mają oczywiście napis Wrocław i dumnie reprezentują nasze miasto.Już mogę sobie wyobrazić co mówi osoba, która zostanie obdarowana tym ścierwem. „Antonio, dziękuję ci za ten bukłak. O takim marzyłem”. Aaaa no i zapomniałbym o popielniczkach. Włosi jako jedyny naród kupują popielniczki.

Jeśli chodzi o Japończyków to wykupią każdą ilość dzwoneczków. We wszystkich rozmiarach i za każdą cenę.

Ryscy to prawdziwa szarańcza. Wszystko wezmą z powrotem do Wołgogradu. Jednakże żaden normalny ruski nie przejdzie obojętnie obok małej figurki żabki siedzącej na szkiełku, trzymającej w łapkach monetę z jednym groszem na nominale. Oni po prostu muszą mieć tę żabkę! Ide robic polski schab z polska cebula.