wtorek, 3 sierpnia 2010

cheeky vines and suga dimes

dalej tu siedze. zostalo mi pare dni ale jak boga kocham odliczam kazda minute do powrotu. nie ma filipa bo sie odpalil na wakacje i siedze sam jak palec u niego na chacie. pogoda jest slodka. eleganckie 20 stopni, ladne niebieskie niebo (co jest bardziej niebiestsze od polskiego - zgodnie ze staropolska, ogolnie wyznawana zasada, ze polska nawet niebo ma bardziej chujowe). do tego ta zajebista bryza z nad zatoki, co przyjemnie luska lico twe.

troche zostalem przybity sprawami przeprowadzkowymi. bo ten kto nie wie, to niech sie dowie, ze ja w swym krotkim, cwiercwiecznym zywocie przeprowadzalem sie juz jakies 9 razy, z tego 8 w ostatnich 15 latach. wlasciwie to chyba bede czul sie niekomfortowo, gdy jakims cudem za rok okaze sie, ze zostaje w tym samym mieszkaniu. Wiec teoretycznie do szwecji przyjechalem na malowanko. malowanko jest spoko, barki troche bola ale co to dla mnie. ale troche sie kurna przeliczylem.

mama mojego drogiego kolegi filipa zamiast farbowania mieszkania, zmalowala mi kolejna w tym roku wyprowadzke w najgorszym wydaniu (ten rok jest czarnym rokiem, bo to 3 z rzedu). do tego w chacie o najwiekszej ilosci scierwa i niepotrzebnych gadzetow w tej czesci europy. slyszal ktos kiedys o pakowaniu porcelany przez 6 pelnych dni roboczych? ale coz, mama filipa jest troche slaba i nie ma z nia dyskusji, bo wywodzi sie z armii, a ta rasa jest jakos bardziej zaborcza i chyba nie lubi sprzeciwow. ja za to nie lubie armii. wlasciwie to nienawidze i w sumie to z tego co pamietam, kazda osoba posiadajaca jakies wieksze przeboje z wojskiem, ktora mialem okazje spotkac w moim zyciu zawsze chcialem zapalic w cymbal. ale ta pani jest kobieta, a do tego to mama mojego super kolezki, wiec zagryzam zeby wraz z wargami i podbrodkiem (bardzo smiesznie to wyglada)i poslusznie pakuje kolejna setke ceramicznych figurek baletnic, rycerzy i sarenek. ja pierdole. dobra koniec o tym bo chyba jestem niemily, a w sumie dostaje za to siano wiec nigdy wiecej o tym.

no coz. w kazdym razie troche teraz rutynowo wyglada moj dzien, a po powrocie na chate, choc pogoda dokazuje, a o 22.30 jest dalej jasno i moge sie palnac do miasta to czesto konczy sie pelna zamula. a chata filipa jezeli chodzi o wyposazenie, do zamuly jest chyba stworzona. dysponuje plazma, laptopami, nintendo wii, x boxem nowym i starym. nawet umiem juz grac w jedna gre i jestem zajebisty. nazywa sie PURE. generalnie jezdzisz takim zajebistym quadem i scigasz sie po gorach w calym swiecie. zaczalem w nia grac, bo po pierwsze byla chyba jedyna gra, do ktorej obslugi potrzeba uzywac tylko 3 guzikow, a ja wychowany na gownianych konsolach nie jestem w stanie wiecej ogarnac. a po drugie, tam sie duzo skacze (ja lubie skakac), a jak sie skacze, mozna wtedy robic SALTO - a ja sie jaram wszystkim, gdzie robi sie salto.

zatem zagralem juz wszystkie zawody i w klasyfikacji generalnej jestem drugi, bo nie moge pokonac jednego penera co mnie zawsze gdzies pod koniec wyprzedza. mam slaba psychike, wiem o tym. dlatego nie jestem profesjonalnym sportowcem choc mam jakies tam predyspozycje. jak kiedys gralem na turniejach w tenisa, to zawsze w pierwszej rundzie odpadalem z najwiekszymi lapsami. wiecie jak mnie wykanczali? dawali mi takie wysokie pilki. a ja zamiast spokojnie skonczyc akcje zawsze ladowalem w siatke albo w ogrodzenie 5 metrow za boiskiem. taki bylem ananas. moj brat i inne ziomki patrzyli i niedowierzali. a nie powiedzialem jeszcze ze ZAWSZE w losowaniu dostawalem najwieksze cioty ( zgodnie z zasada ze glupi ma szczescie). no ale wracajac do tej gry komputerowej, to tam jest to samo. prowadze przez prawie caly wyscig. za moimi plecami jest ten pener, co o nim juz wspominalem. w grze nie mam lusterek, wiec w sumie go nie widze ale podswiadomie czuje jego obecnosc, cos jakby dziwny ucisk na lopatki. no wiec jade jade, pokonuje najgorzsze przeszkody, wchodze w ostre zakrety na pelnej pizdzie i przejezdzam je jak krol, pozniej mam mega hopke do przeskoczenia, na ktora najezdzam, wyskakuje, robie salto (bo zawsze robie salto choc dostaje sie za nie najmniej punktow (tego nie rozumiem, skad ten brak wrazliwosci dla salta u tworcow gry)) laduje poprawnie, zostaje mi ostatni lagodny zakret, a pozniej juz tylko dluga prosta i upragniona meta. wiecie co sie dzieje na ostatnim zakrecie (nota bene po szwedzku zakret wdziecznie zwany jest "kurva")? przerazony i zesterowany jak borsuk przed runieciem tamy (?!!?!?!?!??) trace zimna krew, zeslizguje spocone palce z kontrolera i z impetem antylopy wpierdalam sie w skaly. dojezdzam osmy i wierzcie mi nie jest fajnie. wtedy brakuje mi wlasnie tego czwartego guzika. funkcja placz albo podpal quada i idz na ryby. na rybach nie wazne kto jest pierwszy, a kto drugi. wazne zeby sie nawalic. w nastepnym beda zdjecia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz