wtorek, 1 lipca 2008

W A K A C J E!!!!!! i libacje


No w końcu! Ha! Z moją ulubioną koleżanką od nauki zwaną Jolką zakończyłyśmy nieco już męczącą sesyje! 5 egzaminów, wszystkie do przodu i to nawet chyba się pochwale z całkiem dobrymi wynikami. Trochę wyszłyśmy na kujonice, ale to nawet milo czasem być kujonem. Pierwsze kilka dni bez biblioteki zniosłam całkiem dobrze. Tzn w niedziele po ostatnim egzaminie i po meczu (nie muszę mówić, że wygranym przez drużynę właściwą, niezwykle mnie to cieszy) w jakże szampańskim nastroju wybrałam się z wyżej wspomnianą Jungle Jolką świętować upragniony początek wakacji. Myślę, że było to świętowanie na najwyższym poziomie. Ponieważ przez ostatni miesiąc byłam abstynentem całkowitym, procenty uderzyły mi do głowy we właściwy sposób. Narobiłyśmy trochę skandali, wstyd się teraz na mieście pokazać, ale co tam. Jak dzieci co je z klatki wypuścili przed chwilą. Były tańce i harce, było wino, była sangria był i szampan, była tamka nad Odrą (razy 2) skończyło się to wszystko opluciem dj z Kamfory i pomysłem spania na chodniku na Piotra Skargi. Nie ma co! Jesteśmy laski pierwszej kategorii. Dotarłam do domu w okolicach godziny 9 rano. Dzień był piękny i gorący postanowiłam zatem udać się do łóżka i tam go spędzić.

Dobrze jest się czasem porządnie nawalić.

Mimo, że po ostatniej imprezie z Julką obiecałam sobie, że pić na umór nigdy więcej nie będę, bo przyszedł ten wiek kiedy trzeba zacząć się zachowywać jak dama, to właśnie wczoraj swoje postanowienie zmuszona zostałam zawiesić. Powód miałam poważny gdyż mój kochany kolega Michał Piwko przeistoczył się ze studenckiej poczwarki w szanownego magistra. Od tego momentu nie ma żartów, wszystko serio. Więc jak najbardziej serio po całym dniu pluskania się i smażenia w aqua parku udaliśmy się na raz już przeze mnie wspomnianą w tym tekście tamkę. Piękny, gorący wieczór, dużo znajomych ..... no i jak tu się nie nawalić?!

Później była Bezsenność a potem najlepszy lokal na świecie czyli Spiżowa u Buczka Żuczka i Wu!!!!! Picie wódki do białego rana i spanie na podłodze. Noc w stylu klasycznym. Oczywiście nie obyło się bez przykrych konsekwencji..... Niestety. Zupełnie nie wiem dlaczego tak musi być, że zawsze jak się pije to później wszytko boli. Dziś z powodu bólu głowy nie mogłam otworzyć oczu.... dlatego spałam do 15. Na szczęście nie tylko ja więc nie było siary. Buczek i Wu są wspaniałymi gospodarzami, nie ma co...

Ale kacowy dzień nie byłby z tych klasycznych gdyby nie wizyta w mcdonaldsie, która była doskonałym zakończeniem...taką kropką nad "i". Zjadłam dziś najpyszniejszego wieśmaka na całym świecie i wspaniale sie z tym czuję. Tak samo jak wspaniale się czuje z moim kacowym bólem głowy, który chyba dziś już nie ustąpi. Czasem trzeba robić rzeczy złe, żeby później móc doceniać bardziej jak zrobi się coś dobrego. Tak więc napiszę jeszcze raz, żeby nikt przypadkiem nie zapomniał:

Dobrze jest się czasem porządnie nawalić!!!!!!!

Ponieważ w ostatnim wpisie zasugerowałam czytelnikom, że miałam szczwany, crazy ,tajemniczy plan, to myślę, że warto teraz odkryć tę tajemnicę, bo jak to bywa z planami nieco głupimi (im głupszy tym lepszy) został on wcielony w życie. Mianowicie chodziło o to, że w Krakowie 21 czerwca wystąpić miał Jamiroquai zatem nie mogłam sobie odmówić przyjemności pojechania do mojego ukochanego Krakowa i zobaczenia jak Jay Kay przebiera swoimi nóżkami na żywo. Nie mogłam sobie odmówić i nie odmówiłam. Problem polegał na tym, że jak wiadomo jestem nieszczęśliwą studentką studiów w trybie niestacjonarnym dlatego też weekend jest dla mnie czasem nauki i pisania egzaminów (jezu jakie to straszne jak wszyscy balują i czilują a ty musisz dreptac do szkoły wczesnym rankiem i dziobać brzydkie książki z tymi brzydkimi zaocznymi studentami) no i właśnie ten weekend był letko hardkorowy, gdyż miałam egzaminów w liczbie 3 (piątek, sobota, niedziela) i to w dodatku jeden gorszy od drugiego. Ale!!!!!!!!! Dla chcącego nic trudnego więc po napisaniu egzaminu numer 2 w sobotę zapakowałam Piwka (pana mgr Piwka) pod mą szaloną pachę i pojechaliśmy aż się kurzyło za nami. Po drodze dzięki uprzejmości Michasia powtarzałam sobie troszkę to czym miałam się pochwalić , że wiem w niedziele rano podczas egz. Zajechaliśmy do Kraka, zjedliśmy porządny obiad u Doroty (placki po węgiersku, były na pełnym wypasie) na Kaziku i wybraliśmy się z Tomkiem (zwanym człowiekiem drzewo) i jego superfajną dziewczyną Agatką na bulwary wiślane gdzie wyskoczyć miał do nas Jay Kay i zaśpiewać swoim lekko gejowym głosem. Wyskoczył i zaśpiewał pięknie. Nóżkami swymi też przebierał pięknie, ale akurat w to muszę bardziej wierzyć że tak było bo niestety organizatorzy trochę nie do końca mam wrażenie przemyśleli to widowisko. Scena była bowiem ustawiona po drugiej stronie Wisły, a Wisła szeroka więc nie było zbyt wiele widać. Słychać ok, ale widać to tak sobie. Tylko ci nieliczni co siedzieli na barce pod sceną mogli podziwiać z bliska, ale my niestety jeszcze nie jesteśmy ci nieliczni. No i jeszcze jedna rzecz, że przyszły podziwiać Jay Kaya w dużej części osoby, które nie do końca chyba jakby to powedzieć kumały kto to, co to.... no i efekt był taki że my się chcieliśmy bawić a szaleństwo nasze musieliśmy ograniczać bo pod nogami siedziały nam babcie z wnukami smacznie zajadając precle. No ale tak to jest jak się robi takie imprezy za darmo. Ogólnie jednak jesteśmy zadowoleni. Było warto sie pierdolnąć te 600 km. Po wydostaniu się z tłumu i wypiciu kawy popitej colą udaliśmy się w drogę powrotną do Wro. No i napotkaliśmy drobny problem. Honda nie za bardzo chciała z nami współpracować i efektem tego było to, że dotarłam do domu o godz 5 rano jak koguty dawno przestały piać i krowy dawno wydojone i dawno świeciło wesoło słonko. W dodatku moje super połączenie kawa + cola nie pozwoliły mi za bardzo zasnąć. Ale!!!!!!!!! grzecznie wstałam i poszłam na egzamin z moimi podkrążonymi oczyma i bladym licem. Nie dość, że poszłam to jeszcze całkiem ładnie zdałam bo na 4 więc jest czego gratulować. No a kawa + cola lepsza niż red bull. Serio. Taki nowy drink powinien być może. Kawa+cola+wódka

O rany ale sie rozpisałam. Mój dzielny chłopiec, co siedzi w dalekiej Norwegii będzie ze mnie dumny. Pewnie mi z resztą zazdrości, że mogę tak sobie pisać na blogu kiedy chcę i co chcę, bo on biedny został całkowicie odcięty od świata gdyż do internetu dostępu nie ma za bardzo. Jak wróci to chyba z radości zapuści korzenie przy komputerze podejrzewam. Nie będę pisać co u niego bo on to na pewno zrobi sam lepiej. W każdym razie chłopaki zdobywają świat i jest im chyba całkiem wesoło.

Dobra koniec tego dobrego, bo to można się zmęczyć czytając tyle moich wypocin kacowych.

Warto z tego wszystkiego zapamiętać tylko (takie podsumowanie), że:

Dobrze jest się czasem porządnie nawalić!!!!!!!


i jeszcze coś na osłodę:




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz